Zwierzęta i/a ludzie

Do szału doprowadza mnie stosunek ludzi do zwierząt. Szczególnie brak jakiegokolwiek szacunku i poszanowania życia innych istot , które nie tylko żyją i czują, ale też myślą. I to czasem wydają się być inteligentniejsze od niejednego homo sapiens.
Najbardziej denerwujące jest przedmiotowe traktowanie zwierząt; jako czegoś, co ma „służyć” do zabawy, a później, gdy już się znudzi, można wyrzucić. Chodzi mi przede wszystkim o podwórkowe koty. Nie te, które żyją sobie w piwnicach ot tak i czasem się rozmnażają. Ale te, które zostały wykopane (często dosłownie) za drzwi, bo… z uroczego kociaka wyrósł duży kot; bo uroczy kociak łazi po zasłonach; bo kiciuś ostrzy pazurki na skórzanej kanapie; bo nikomu nie chce się pamiętać o karmieniu czy czyszczeniu kuwety…
U mnie w bloku też jest taki jeden… Znudził się komuś, więc fora ze dwora. Póki było zimno inni lokatorzy jeszcze się nad nim litowali i go podkarmiali. Ale wraz z wiosenna aurą kotu jest coraz ciężej. Niestety nie potrafi sam zdobywać pożywienia. A wzrost temperatury wpływa odwrotnie proporcjonalnie na ludzkie poczucie krzywdy. Czasem, aż mnie tak w środku ściska, gdy widzę jak kiciuś rzuca się na jedzenie, które mu przynoszę… Ciekawe, jaki będzie jego los…

Problem z priorytetami ;)

Nie chodzi o te najwyższe ;). Raczej takie typu: powinnam napisać coś nowego na tej stronie czy pomajstrować przy jej wyglądzie? Opisać wycieczkę do Drezna czy opracować w końcu podstrony? Wrrr…
Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i jeśli kogoś interesuje moja wizyta w stolicy Saksonii, to wystarczy jak zerknie na… poprzedni post 😉 .

Dzika satysfakcja z pracy

Znowu 😉 weekend we Wrocławiu. No może nie cały weekend tylko niedziela. A to przede wszystkim z powodu imienin teściowej mojej siostry. No ale wiadomo, że nie pojadę do Wrocka li tylko i wyłącznie się objadać ;). Postanowiłam zrealizować w końcu plan, na który czaiłam się od jakiegoś czasu, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Otóż wybrałam się z siostrą na cmentarz żydowski przy ul. Lotniczej, by pomóc w jego oczyszczaniu. To niesamowite miejsce, strasznie zapuszczone, które Wrocławska Gmina Żydowska (właściwie już nie istniejąca) ma w głębokiej pogardzie…
A moja siostra rozpoczęła walkę z wiatrakami o jego uratowanie. Stąd miedzy innymi idea jej cotygodniowych niedzielnych wypraw tamże, by kawałek po kawałku, wyrywać to miejsce wszechobecnej przyrodzie. A dziś i ja miałam w tym swój udział :).
To było niesamowite. Wycinanie drzewek, krzaków, bluszczu; wyrzucanie tego zielstwa. Oczyszczanie pomników, odkopywanie tablic, a nawet ustawianie ich do pionu. Kiedy widzę efekty, a w tym przypadku widać je bardzo szybko, aż chce mi się pracować więcej i dłużej. Jeszcze jedna kępa krzaków, jeszcze jedna tabliczka, a co kryje się pod tym pagórkiem bluszczu? A jeszcze większa radość sprawiał mi fakt, że robię to dla własnej satysfakcji. Nie na pokaz, nie dla pieniędzy, po prostu kierując się poczuciem – bo ja wiem – odpowiedzialności (?) za nasze wspólne dobro kulturalne, może jakiegoś poczucia winy (?), z powodu bezduszności właściwego urzędu…
W każdym bądź razie mam nadzieję, że na jednej akcji się nie skończy i będę jeszcze miałą sposobność się tam powyżywać.

Komputery

Otaczają mnie ze wszytkich stron. Prawie mi się śnią po nocach (prawie, bo jestem zazwyczaj zbyt zmęczona by w ogóle śnić ;).
Praca – przez internet: instalowanie stron WWW, uruchamianie plug-in’ów, dodawanie zawartości.
Kurs – komputerowy; systematyzacja mojej wiedzy i umiejętności z zakresu MsOffice (UWAGA! NAGRODA! W Word -> Narzędzia -> Akapit -> Podziały wiersza i strony -> opcja: “Kontrola bękartów i wdów”; co to znaczy???) i nauka Accessa.
Dom – praca nad własną strona (tą) i galerią.
Ale – co tu ukrywać – narazie mam jeszcze z tego radochę, jeszcze nie traktuję tego jak przykrego obowiązku. I oby tak dalej!
Poza tym staram się zachować równowagę, by do reszty nie zgłupieć. Jakieś minimum ruchu (2x w tygodniu basen + rower jako środek komunikacji), książki (choć zwykle do poduszki, bo w ciągu dnia nie mam czasu), czasem jakiś obiadek rodzinie upichcę. I byle do wiosny! Wtedy wszytkie weekendy będą GDZIEŚ, a nie TU. Nie moge sie już doczekać :).

Podsumowanie

Uuuaaah…. Pracuję ciężko 😉 ostatnimi czasy. Na dodatek głównie na siedząco, przed ekranem komputera i daje mi się to w znaki. W kościach mi strzela ;). Dobrze, że basen mam w odległości zaledwie 15-minutowego marszu żwawym krokiem i że te dwa razy na tydzień tam łażę. I powiedziałam NIE komunikacji miejskiej. Albo własne stopy albo rower. Nawet gdy leje; tak jak to było dzisiaj.
Ale wracając do moich zajątek. W końcu uporządkowałam 54 negatywy (36- i 24-klatkowe), powkładałam do albumów ok. 1800 (!) zdjęć, obejrzałam i posegregowałam jakieś 2000 zdjęć z cyfrówki, powklejałam do albumu „pamiątki” z moich ubiegłorocznych podróży, krytycznie (nawet bardzo krytycznie) przejrzałam zawartość 4 segregatorów z wycinkami i ciekawostkami, włożyłam w ramki 16 fotek, stworzyłam 5 wirtualnych galerii.
Jeej.. dopiero teraz widzę, ile tego było ;).

Plusy i minusy

Piękny dzień dziś był. I nie mam bynajmniej na myśli pogody, bo choć nie padało, a czasem nawet się przejaśniało, to ogólnie nie było przyjemnie (jakby MINUS). Ale… dowiedziałam się, że zakwalifikowano mnie na kurs doszkalający (PLUS), pani z jednego z urzędów (budżetówka!) przedzwoniła do mnie na telefon KOMÓRKOWY z informacją, iż mam się zgłosić po ankietę na ten kurs do pokoju 116 a nie 114 (WIEEELKI PLUS), przegrałam pojedynek o nowa pracę (MINUS), rozwiązałam istniejący od kilku miesięcy problem plug-in’a (PLUS), no i chyba załapałam się na dodatkowe zlecenia (chyba PLUS).
Tak więc suma sumarum dzionek można zaliczyć na PLUS : ).
I takie piękne tulipanki jeszcze dostałam (DUŻY PLUS):

Wielkie malowanie

No może nie takie znowu wielkie. W każdym bądź razie doszłam do wniosku, ze po X latach mieszkania w niebieskim pokoju czas na drobne zmiany. Jedna ze ścian jest więc przemalowywana na… żółto :). Wiem, wiem… to dosyć śmiałe połączenie kolorystyczne, ale… w końcu JA tu mieszkam. Pierwsza warstwa nie do końca przykryła tą niebieskość, więc za chwilkę pójdzie kolejna. Już nie mogę się doczekać efektu : ). A jak mi ładnie wyjdzie, to obiecuję, że w końcu rozszyfruje, JAK umieszczać zdjęcia w postach i pokażę rezultat.

Back again…

O jej… ale długo mnie tu nie było ;). Ale ile się w międzyczasie zmieniło!!! Najważniejsza zmiana, to to, że jestem z powrotem w naszym pięknym kraju. I ręce opadają a ciśnienie się podnosi, gdy słucham naszych niesamowitych polityków…. Ale nie będę się ciskać.
Kolejna zmiana. Dorobiłam się własnego komputera, a dokładniej notebooka ASUS F2HF. Piękny :). A w ubiegły czwartek – na przekór szalejącym wichurom i pozrywanym liniom wysokiego napięcia – dołączyłam do użytkowników Wielkiej Pajęczyny. Super ;). Mam więc nadzieję, że będę tu bywać regularniej i w końcu pouzupełniam to, co powinno być zrobione…. eee… jakiś czas temu :). No więc lecę do roboty.
Jeej… mogę używać polskie litery… ale fajnie…

Książki

Może to zabrzmi banalnie, ale ja lubię czytać książki. Kiedyś połykałam jedną za drugą, by zaspokoić tkwiący we mnie głód czytania. Często to, co po prostu wpadło w ręce, po to by się nie nudzić. Jak każdy przechodziłam etapy fascynacji różnymi autorami lub tematyką. Karol May + indianie, Alfred Szklarski i jego seria o przygodach Tomka Wilmowskiego, Alexander Dumas, Jerzy Kosiński, L. Maud Motogomery, Henryk Sienkiewicz, Andrzej Sapkowski, Terry Prattchet, Aghata Christie, Tom Clancy, P. Coehlo, A. Perez – Reverte; fabularyzowane powieści historyczne („Historia żółtej ciżemki”), fabularyzowane biografie („Pasja jego życia”, „Udręka i ekstaza”, „Marie jego życia”), fantastyka (wybór sugerowany przez siostrę i szwagra 😉 – górą Sapkowski i Pratchett), przewodniki (nie tylko przydatne w podróży; czasami są to „dzieła sztuki” np. te autorstwa Andrzeja Nyki czy różnych autorów z wydawnictwa bezdroże, które czyta się jak powieść), leksykony (ale nie ogólne, tylko związane z konkretnym tematem/zagadnieniem), no i doc. szeroko rozumiana „powieść podróżnicza” („Na zachód od Alice Springs”, „U źródeł Amazonki”).
Nie mam jednego ulubionego autora, którego ceniłabym ponad wszystkich innych. No może Shakespeare mógłby do tego miana pretendować, przede wszystkim za swoja ponadczasowość : ).

Wolny czas

Jak mozna nie miec hobby? Zadnych zaintersowan? Zajecia, ktore wypelnialoby czas gdy nie pracujemy, nie spimy czy nie zaspokajamy podstwowych potrzeb zyciowych?

O dziwo znam kilka osob, ktore wlasnie tak zyja! Osob dla ktorych jedyna forma spedzania wolnego czasu jest ogladanie telewizji “jak leci”; bez zastanowienia, czy jakiejkolwiek selekcji. A jedyna okazja do wyjscia na zewnatrz jest wizyta w barze czy dyskotece…. Jak tak mozna zyc? Przeciez to brak poszanowania dla siebie i wlasnych mozliwosci, ktore w nas tkwia! Bo nie wierze, ze istnieja ludzie kompletnie pozbawioni jakegokolwiek talentu.

To chyba taka forma lenistwa i pojscia na latwizne. Bo na pewno nie mozna tlumaczyc tego brakiem czasu czy zmeczeniem. Tym bardziej, ze te kilka osob, ktore znam narzekaja, ze sie nudza (gdy np odetna prad 😉 a to srodek tygodnia i na impreze nie da sie pojsc :).

Ciesze sie, ze ja nie mam takich problemow :D. NIGDY w zyciu (odkad siegam pamiecia) nie zdazylo mi sie stwierdzic: nie mam co robic, nudze sie. Jest przeciez tyle interesjacych rzeczy do robienia, tyle fascynujacych tematow do zglebienia, tyle kuszacych propozycji do “wyzycia” sie artystycznego, tyle tajemniczych miejsc do zobaczenia, czy chocby oryginalnych ksiazek do przecytania. I tylko zycie jest zbyt krotkei by to wszytko poznac….

Ale staram sie , staram jak moge :).