Kiedy fikcja staje się prawdą

Kilkanaście lat temu – w ramach wyczytywania biblioteki – sięgnęłam po książki Toma Clancy’ego, a konkretniej serię skupiającą się na ‘przygodach’ Jacka Ryana [chociaż lubię Harrisona Forda, to bardziej podobała mi się ekranizacja z Aleciem Baldwinem w tej roli].
Jeden z tytułów to „Dług honorowy”, trzymający w napięciu z niesamowitymi wręcz nieprawdopodobnym (tak przynajmniej myślałam wtedy) zakończeniem. Sfrustrowany i pałający rządzą zemsty pilot japońskich linii lotniczych wlatuje pilotowanym Boeingiem 747 w budynek Kapitolu, zabijając praktycznie cały rząd Stanów Zjednoczonych, większość członków Kongresu, szefów połączonych sztabów i sędziów Sądu Najwyższego.
Wow!
11 września 2001. Terroryści Al-Kaidy porwali cztery samoloty. Dwa rozbili na wieżach World Trade Center w Nowym Jorku, jeden na budynku Pentagonu w Arlington. Zginęło prawie trzy tysiące ludzi. To wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że fantazja autora może się zmaterializować. Że ktoś może z premedytacją wlecieć samolotem w budynek, by zabić znajdujących się wewnątrz ludzi.
10 kwietnia 2010. Samolot z polską delegacją na uroczystości w Katyniu rozbił się podczas próby lądowania w Smoleńsku. Nikt nie przeżył. Na pokładzie byli najważniejsi członkowie polskich władz: prezydent RP, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, szef sztabu generalnego WP, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, rzecznik Praw Obywatelskich, prezes Narodowego Banku Polskiego, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, ordynariusz polowy WP, prawosławny ordynariusz WP, dowódca Sił Operacyjnych, dowódca Sił Powietrznych, dowódca Sił Lądowych, dowódca Sił Specjalnych, dowódca Marynarki Wojennej, posłowie i senatorowie. W sumie 96 osób.
I znowu z pamięci wypłynął „Dług honorowy”.. W jednej katastrofie zginęło tylu ważnych w polskiej polityce ludzi. To mną wstrząsnęło najbardziej. Continue reading Kiedy fikcja staje się prawdą

Wiosna? Ach to Ty!

Wiosna pełną gębą :-). Tak wyglądała Haga jeszcze w ubiegłym tygodniu. Teraz krokusy już przekwitły, a władanie obejmują narcyzy i żonkile (chyba nigdy nie pojmę różnicy między tymi dwoma). Dużo słońca, trochę odradzającego deszczu.. Chce się żyć! (jeszcze tylko przydałoby się odrobinę mniej stresu w pracy).

I jeszcze kilka wiosennie świeżych widoków.

Są takie dni..

… kiedy wszystko wydaje się piękne, wszystko układa się po Twojej myśli, a życie serwuje Ci cała masę drobnych, aczkolwiek bardzo przyjemnych, niespodzianek. I tak też było wczoraj.

  • C. zgodził się, by jego maskotka – pingwin został w torbie ze strojem sportowym, a nie w pudełku z zabawkami-które-dzieciaki-przynoszą w klasie
  • NIE muszę mieć odpisu aktu urodzenia (wystawionego nie dawniej niż 6 miesięcy temu), przetłumaczonego przez tłumacza przysięgłego, potwierdzonego przez Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i przez tutejszy urząd imigracyjny, by zarejestrować się w Urzędzie Miasta (huuura!)
  • spotkanie w sprawie rejestracji wyznaczono mi na dzień następny
  • zaczęło lać dopiero, gdy wróciłyśmy z L. z zakupów
  • L. spała 4 godziny!!!
  • spłynęła na mnie muza i w ciągu godziny zaprojektowałam trzy kartki
  • zapiekanka z oberżyną i ziemniakami okazała się być hitem
  • C. zjadł 4 (cztery!) kawałki brokułu

Ale najlepszy był wpis do *Książki przyjaciół*. Pamiętacie coś takiego jak *Złote myśli*? Zeszyt z pytaniami, który dawało się przyjaciołom i kolegom, by się doń wpisali. Tutaj ma go praktycznie każde dziecko, które chodzi do szkoły, czyli od czwartego roku życia. Dzisiaj C. przyniósł nowy wpis, od jego szkolnego kolegi, którego poznałam dwa tygodnie temu, gdy bawił się w naszym domu.
Ostatnie pytanie to:

„Het leukste wat jij en ik ooit samen gedaan hebben is”

(w wolnym tłumaczeniu: najfajniejsza rzecz, którą kiedykolwiek razem robiliśmy).
Odpowiedź:

“Voetballen (met de oppas en jou) bij jouw voor de deur”

(gra w piłkę nożną z Twoją operką [czyli mną 😉 ] i Tobą, na chodniku przed domem).
Dzieciaki są rozbrajające:laugh_tb:.

Po dłuugim weekendzie

Cztery dni minęły i muszę przyznać, że po pierwszym dniu moje nastawienie się zmieniło ;). W końcu i tak nie mogłam zmienić sytuacji, wiec lepiej szukać w niej pozytywnych aspektów i plusów, niż narzekać na ujemne strony i pogrążać się w rozpaczy.
Po zaaplikowania paracetamolu mała poczuła się duuużo lepiej, tak więc mogliśmy nawet pójść na spacer do parku i sfotografować nasze (moje i małego) ‘zwierzaczki’ z krokusami. Całkowicie mnie rozbroiła gdy byliśmy nad stawem. Wskazywała na kaczki i mówiła ‘duck’. Pochwaliłam ja wiec mówiąc ‘yes, this is a duck’. Przez następne kilka minut wskazywała kaczki i powtarzała ‘duck’. Nagle wskazał gołębia, mówiąc ‘duck’. Więc jej tłumaczę: ‘this is not a duck, it’s a dove’. A ona na to: ‘buuuu 🙁 ‘. Żebyście słyszeli ten ton zawiedzenia w jej głosie.. To było tak smutne, a jednocześnie tak zabawne, że nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
Z małym szaleliśmy na ulicy grając w piłkę tak głośno, że słyszało nas pół osiedla. Poza tym stanął na wysokości zadania i w weekend ‘pozwolił’ mi spać do 7.30. Za to w poniedziałek wpakował mi się do łóżka o 5 rano. I przez następna godzinę buzia mu się nie zamykała – co 5 minut pytał, jak długo musimy jeszcze spać, ile to jest 1 godzina, 45 minut, 30 minut itd., albo po prostu śpiewał. po_krokus.JPGO 6.20 się poddałam i wstaliśmy, by zjeść śniadanie i pooglądać telewizję przed pójściem do szkoły.
Z babcią miałam fantastyczne rozmowy o „wszystkim i o niczym” – ja mówiłam po holendersku, a ona ćwiczyła angielski. Jeszcze kilka takich weekendów i mój poziom holenderskiego w aspekcie mówienia, dogoni poziom z zakresu rozumienia :).
Dzięki dziadkowi, który przybył z odsieczą w niedzielne popołudnie, miałam część dnia dla siebie. Wow! Popędziłam więc do Huygensmuseum Hofwijck. Połaziłam po tym fantastycznym ogrodzie, ustrzeliłam parę krokusów, pogapiłam się na kanał i wioślarzy równym tempem przecinających jego wody. Życie jest cudowne! (ale następnym razem i tak zastanowię się trochę dłużej, zanim zdecyduje się znowu podjąć takiego zadania ;).

Tęsknota za zmianami

Są takie dni, gdy zaczynasz się zastanawiać: po co ja to robię? Dlaczego się poświęcam? Dlaczego tak bardzo mi zależy na tym by inni doceniali mój wysiłek?
Zgodziłam się opiekować dwójką dzieci przez 4 dni ( przez dwa dni będzie tu również ich babcia). Babcia ma przyjechać pierwszego dnia, ale nie wiadomo o której („po szkole” – co zostawia przedział czasu od 12.15 do ok. 18.00). A ponieważ nie ma klucza do domu, więc daleko od domu nie odejdziesz. Młodsze dziecko (półtora roku) jest chore – kaszle, jakby miało sobie wypluć płucka, a gorączka nie spada poniżej 40 C. Ale nic to! Przecież gorączka pomaga przezwyciężyć chorobę! Nie zbijamy więc gorączki. Na dodatek ty sam czujesz się nie najlepiej (ten sam wirus, te same objawy, tylko gorączka już za tobą).
tesknota_krokusy.JPGAle ‘najgorsze’ to pogoda. To pierwszy prawdziwy dzień wiosny. Żółte krokusy kwitną jak szalone (reakcja na słońce?), białe i fioletowe jeszcze w pączkach. Cudownie przejrzyste niebieskie niebo, ciepłe słońce. Wiosenny wiatr szepce: „Rusz się! Zmień coś! Nie stój w miejscu!”. A ty chwilowo utknąłeś. Owszem, powietrze wokół ciebie wypełnione jest obietnicami zmian, nadziejami, ale w tym konkretnym momencie nic nie możesz zrobić. Nigdzie nie możesz się ruszyć przywiązany poczuciem obowiązku i obietnicą wypełnienia zobowiązania. A to dopiero pierwszy z czterech dni..
Taka pogoda przynosi wspomnienia. Wycieczek w góry, całodniowych wypadów rowerowych, cudownych poranków, gdy budzi Cię słońce bezceremonialnie przebijające się przez powłokę namiotu. Przed oczami stają widziane miejsca, poznani ludzie, wydarzenia, w których uczestniczyłeś. Tęsknota za tym co nowe, nieznane i przed tobą tylko się nasila.
A ja chwilowo utknęłam. Z dzieciaczkami, które kocham prawie jak swoje, ale których w tym właśnie momencie wołałabym nie mieć pod opieką.
Chromolić babcię – czas brać się za kuskus.
Chromolić holenderskie podejście do zdrowie – dla Ciebie L. paracetamol 🙂

31. grudnia

Ostatni dzień roku. Taka symboliczna data, pod którą powinnam zamieścić podsumowanie roku ubiegłego i plany na przyszły. Nic z tego! Podsumowanie musiałoby uwzględniać wydarzenia, o których nie mam ochoty/zamiaru pisać. A plany …? Hmm.. ostatnio nie jestem w stanie planować dalej niż 24 godziny naprzód (zbyt duża zależność między moimi planami, a planami osób ‘trzecich’), więc co do dopiero mówić o całym roku.
Lepiej być przygotowanym na różne scenariusze i elastycznie na nie reagować – dostosowując się, bądź też zmieniając je tak, by pasowały do moich potrzeb. To jest znacznie ciekawsze – wymaga mnóstwa pomysłowości, pozwala zgłębić ‘tajniki’ dyplomacji i kompromisu, fantastycznie usprawnia proces podejmowania decyzji (nie mam dwóch dni na zastanowienie się), a w efekcie daje satysfakcję jakiej nie osiągnęłabym realizując plany wytyczone kilka miesięcy wcześniej. gotta.PNGSame zalety :).
Jest jeszcze jedna sprawa – bywam zabobonna ;). Jeśli będę wszystkim opowiadała o moich planach, to je zapeszę i nic z nich nie wyjdzie. A tak.. po cichutku będę sobie kombinować i działać, a na koniec: taaadaam! Przedstawię rezultaty.
A na razie życzę bezpiecznych powrotów do domu. Z tych mniej i więcej zakrapianych imprezek sylwestrowych.

Wir pracy

Znowu wpadłam w wir rozmaitych obowiązków, zobowiązań i projektów do wykonania. Przyznam szczerzę, że uwielbiam takie okresy, choć zazwyczaj potrzebuje 2-3 tygodni by dopasować się do tego szaleńczego rytmu.
dz_tulipcie.JPGUstawić rozkład dnia i tygodnia tak, by znaleźć czas nie tylko na obowiązki, ale też przyjemności i odpoczynek. By mimo napiętego planu wygospodarować odrobinę wolnego czasu na „wszelki wypadek”, gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego. By nie tylko wypełniać zobowiązania, ale również mieć chwilkę na czerpanie satysfakcji z osiągniętych wyników/efektów. By znaleźć czas dla przyjaciół i najbliższych. By móc pójść na targ i kupić takie piękne tulipany 😉 .
A to wszystko wrzucić pomiędzy: poszukiwania nowej pracy dla istoty anglojęzycznej w środowisku niderlandzkojęzycznym, opiekę nad dwójką małych dzieci, przeprowadzkę, gotowanie, opracowywanie projektów stron www i instalowanie WP, tłumaczenie polskich tekstów na angielski i angielskich na polski, moderowanie forów i.. poranne bieganie. Uff.. grunt do dobra (hmm.. perfekcyjna?) organizacja i świetna podzielność uwagi.

Ludzie są sympatyczni :)

Są takie drobne wydarzenia dnia codziennego, które sprawiają że człowiek sam się do siebie uśmiecha i stwierdza, że ludzie wokół niego są jednak mili i życzliwi ;).
Mam drobną słabość do malutkich pluszowych zwierzaczków, które można przywiesić do plecaka, torebki czy klucza. O Edmundzie już kiedyś pisałam. W mojej ‘kolekcji’ jest jednak również kucyk strzegący kluczy i łoś przy ulubionej brązowej torebce.
los_z_jedna_lapka.JPGPędziłam sobie dziś rowerem, z torbą i dyndającym łosiem na przednim siedzeniu, gdy w pewnym momencie jakiś facet na rowerze za mną krzyczy: „ Jij hebt een pootje van je dingetje verloren!” (co znaczy mniej więcej: Zgubiłaś łapkę od zwierzaczka!) Moja reakcja była natychmiastowa: stop i o jej! Łoś nie ma jednej łapki! :(. Ale facet mówi, żebym się wróciła, bo powinna leżeć na ścieżce. Podziękowałam mu za zwrócenie uwagi i podreptałam z powrotem wypatrując pośród pożółkłych liści maleńkiej łosiowej łapki. Znalazłam ją po kilkudziesięciu metrach. Co za ulga! 🙂 Będę musiała ją przyszyć, bo w tej chwili zwierzak wygląda odrobinę nieszczęśliwie.
Zabawne, ale spędziłam kolejnych kilkadziesiąt minut jazdy rowerem na roztrząsaniu tego wydarzenia. Facet przecież mógł sobie to odpuścić. Stwierdzić, że to nie jego sprawa, więc po co zwracać mi na to uwagę. Albo pomyśleć, że to przecież tak mało istotna rzecz, iż nie ma po co zawracać sobie tym głowy. A jednak zrobił inaczej. Nie tylko zwrócił mi uwagę na sam fakt, ale też podpowiedział by poszukać zagubionej części ‘ciała’. Założę się, że po prostu stwierdził iż mój łoś jest tak sympatyczny, że należą mu się dwie łapki :).

Niech żyje spontaniczność!

Co jest najpiękniejsze w życiu? Co sprawia, że jest ono warte tego by naprawdę żyć?
Dla mnie będzie to jego nieprzewidywalność.
Nie znaczy to, że lubię chaos i brak spokoju, ale że chronicznie nienawidzę nudy i rutyny ;). Pierwszego szczerze mówiąc nie udało mi się – jak sięgam pamięcią – doświadczyć. Zawsze mam coś do zrobienia i choć zdarzają mi się chwile, kiedy „nic mi się nie chce” to nie przypominam sobie sytuacji, w której siedziałabym z założonymi rękami i zastanawiał się „co by tu zrobić, żeby czymś wypełnić czas”. Miałam jednakże okazję (i to niejedną) by zetknąć się z rutyną. I naprawdę mnie ona dobija. Owszem są sytuacje gdzie „służba nie drużba” i nawet jeśli nie bardzo mi się to podoba, to muszę zrobić pewne zadania/prace o ewidentnie powtarzającym się charakterze, ale.. zawsze staram się to zrobić jak najszybciej (by mieć to z głowy) i jak najdokładniej (by nie musieć do tego wracać i poprawiać ;).
autumn.JPGAle rutyna odnosi się nie tylko do pracy, ale też życia. Trudno mi stwierdzić jednoznacznie na ile jest to dzieło przypadku/szczęścia, a na ile świadomy wybór, ale w moim życiu nieprzewidywalność jest obecna na każdym kroku (proszę nie mylić tego z lekkomyślnością!) Często zdarza mi się podejmować ważkie decyzje (praca, mieszkanie, wyjazdy jednodniowe i kilkutygodniowe) w przeciągu kilku minut stawiając na spontaniczność i odrobinę zdrowego rozsądku ;). I jak dotychczas jeszcze się na tym nie “przejechałam”. Continue reading Niech żyje spontaniczność!

Zadowolonym być na co dzień

Jak być szczęśliwym na co dzień? Czy można się nauczyć cieszyć się życiem?
Spokojnie! Nie będą to żadne filozoficzne/psychologiczne rozważania. Daleko mi do tego :happy_tb:. Chodzi o artykuł, który przeczytałam w najnowszym dodatku „Pomocnik Psychologiczny” do tygodnika „Polityka”. To już 5. dodatek z tej serii i przyznam, że bardzo je sobie cenię. Przede wszystkim dlatego, że są napisane przez psychologów i innych specjalistów, ale językiem zrozumiałym dla osoby wykształconej, choć nie koniecznie w tym kierunku ;). No i poruszają tematy interesujące dla ‘szerokiego kręgu odbiorców’ a nie garstki specjalistów. Jak np. artykuł pana Krzysztofa Szymborskiego „Z łopatą po szczęście. Czy człowieka można nauczyć radości z życia?”. Okazuje się bowiem, że nie jest to takie trudne (wykluczając ludzi chorych psychicznie) i wymaga ‘jedynie’ odrobiny samozaparcia.
A oto 10 zasad udanego życia:

1. nie unikaj seksu – intymna bliskość z drugim człowiekiem podnosi nasze poczucie własnej wartości. 2. wyłącz telewizor. 3. uśmiechaj się – nawet wymuszony uśmiech poprawia samopoczucie. 4. zadzwoń do przyjaciela. 5. delektuj się miłymi chwilami. 6. przespaceruj 2 km szybkim krokiem – umiarkowany wysiłek fizyczny sprzyja poczuciu euforii. 7. wybierz zawód, który lubisz, a czasie wolnym angażuj się w działalność społeczną – wstąp do chóru lub posadź drzewko na publicznym skwerze. 8. ciesz się z tego, co masz. 9. codziennie spraw sobie jakąś nagrodę i daj sobie czas naprawdę się nią nacieszyć. 10. każdego dnia postaraj się zrobić dla kogoś coś dobrego.

Prawda, że proste? Wystarczy pozwolić sobie na odrobinę radości i zadowolenia każdego dnia, bezinteresownie pomóc innym (czyż największa satysfakcja nie wynika właśnie z działań, które sprawiają radość drugiej istocie i za które nie dostajemy nagrody?; poza tym każda akcja wywołuje reakcję – dziś ja pomogę Tobie a jutro Ty mi pomożesz) i wyzbyć się prymitywnej zawiści. Prymitywnej tzn. takiej, która nas zatruwa ponieważ nie jest konstruktywna (np. dlaczego ja nie mogę mieć 1,75 m wzrostu tak jak ona?) ; bywają bowiem też zawiści motywujące do działania, do pracy nad sobą :).
A Wy? Myślicie, że ‘przestrzeganie’ tych zasad pozwoli Wam być bardziej szczęśliwymi? Wszelakie komentarze mile widziane. A tymczasem lecę na forum ‘wybawiać’ ludzi z opresji, tudzież pokazywać leniom, jak bardzo są leniwi :wink_tb:.