Madryt – stolica Hiszpanii, położna praktycznie w centrum tego kraju. Mogłabym napisać coś o jej historii, ale.. nie powaliła mnie na kolana, więc zainteresowanych odsyłam do wikipedii (na przykład). Nie będę też po kolei opisywać, co warto zobaczyć. Wymienię tylko parę miejsc, które widziałam i które mi się spodobały (kolejność jest całkowicie przypadkowa).
Przede wszystkim trzymajcie głowy zadarte do góry :). Duuużo interesujących rzeczy znajduje się powyżej linii oczu.
- Palacio Real czyli pałac królewski; mówi się, że ma więcej pomieszczeń niż jakikolwiek inny pałac w Europie. Rodzina królewska przebywa tam tylko z okazji specjalnych wydarzeń tudzież wizyt zagranicznych głów państwa /monarchów. Ciężko mi powiedzieć, który z pokoi najbardziej mi się podobał, ponieważ urządzone są one w różnych stylach, a każdy z nich zawiera w sobie coś specjalnego. W oko na pewno wpadają główna klatka schodowa, Pokój Porcelanowy, którego ściany wyłożone są porcelanowymi płytkami i obwieszone wykonanymi z tego samego materiału dekoracjami, Pokój Chiński czy Sala Tronowa.
- Museo del Prado; obowiązkowe miejsce, choć powinno być zastrzeżone dla ludzi, którzy są tym naprawdę zainteresowani, a masowi turyści zaliczający atrakcje nie powinni być wpuszczani.
Utrudniają tylko życie ;).
To jedna z najstarszych i najlepszych kolekcji sztuki na świecie. Dla mnie to przede wszystkim świetna kolekcja dzieł Hieronima Boscha m.in. „The Extraction of the Stone of Madness”, „The Tabletop of the Seven Deadly Sins and the Four Last Things” i „The Garden of the Earthly Delights”. Zwłaszcza ten ostatni – jeden z najbardziej niesamowitych i tajemniczych obrazów w historii malarstwa, pełen ukrytych i nie koniecznie zrozumiałych znaczeń. Poza tym można tu zobaczyć „Maję nagą” i „Maję ubraną” oraz „Rozstrzelanie Powstańców Madryckich” Francisco Goya, „Adama i Ewę” Albrechta Durera, „Panny dworskie” Diego Velázqueza oraz całe mnóstwo innych arcydzieł. - Centro de Arte Sofia mieszczące galerię współczesnego malarstwa hiszpańskiego. Wśród arcydzieł kolekcji znajduje się „Guernica” Pablo Picasso, surrealistyczne dzieła Salvadora Dalí i Joan Miró.
Pierwszy raz od jakiś pięciu lat byłam na prawdziwych wakacjach. Nie długi weekend, nie wizyta w Polsce, w czasie której trzeba załatwić dwa miliony spraw, ale fantastyczne 11 dni w Hiszpanii i Portugalii.
Schiedam to miasteczko u progu Rotterdamu (zresztą wchodzi w skład tego zespołu miejskiego) sięgające swą przeszłością do połowy XIII w. Swą obecną popularność zawdzięcza niezwykle uroczemu centrum poprzecinanemu licznymi kanałami, produkcji narodowego trunku jenever (tradycyjny likier o dużej zawartości alkoholu; z niego wywodzi się gin) i pięciu najwyższym na świecie wiatrakom (gwoli ścisłości – między Schiedam a Rotterdam jest jeden wyższy wiatrak – De Nolet – 43 m, ale został on wybudowany dopiero w roku 2006 li tylko i wyłącznie w celach komercyjnych ;).


Bilety na ten specjalny seans (oficjalna premiera jest bowiem dopiero w przyszły czwartek) wraz z popcornem i napojami 😉 dostaliśmy od naszego pracodawcy. Chyba chciał nam zrekompensować te wszystkie niedociągnięcia, które ostatnimi czasy się zdarzyły.
Prawie, prawie. 12 maja to w Holandii święto – 2de Pinksterdag (Zielone Świątki), dzięki któremu weekend trwa trzy dni. A że od ponad tygodnia temperatura nie spada poniżej 20 stopni C, a słoneczko świeci, więc kto żyw ucieka nad morze lub jezioro. W niedzielę byłyśmy na plaży po dziesiątej rano, ale dwie godziny później było już tak gorąco, że czym prędzej stamtąd uciekłam (woda w Morzu Północnym jest nadal lodowata). A w poniedziałek wybrałyśmy się nad jeziora. Zielona trawka, słoneczko i woda. Stosunkowo ciepła. Na tyle przynajmniej, że odważyłyśmy się popływać. Chyba pierwszy raz w życiu pływałam w otwartym zbiorniku wodnym tak wcześnie! Toż to pierwsza połowa maja! A ja jestem w Holandii a nie nad Morzem Śródziemnym ;).
Niedaleko ratusza znajduje się Koornbrug (w wolnym tłumaczeniu Most Kukurydziany), jako że już od XV wieku handlowano tu kukurydzą. Obecna budowla z trzema arkadami pochodzi z XVII wieku i zastąpiła pierwotną, dwieście lat młodszą. W XIX wieku most przykryto neoklasycystycznym dachem. Natomiast w centralnej (geograficznie) części miasta znajduje się wzniesienie, a na jego szczycie Burcht (cytadela). Nie wiadomo dokładnie, kiedy powstała pierwsza budowla, ale obecna już w XV wieku straciła swe obronne, militarne znaczenie wchłonięta przez rozwijające się miasto. Dwieście lat później została przekształcona na swego rodzaju park miejski, z ogrodami i labiryntem. Do dziś pozostaje ulubionym miejscem spacerów, choćby dlatego, że z jej szczytu roztacza się bardzo przyjemny widok na całe miasto.
Wspomniane wcześniej wyzwolenie Leiden upamiętnia także coroczny jarmark z pokazami sztucznych ogni. Tradycyjnie jada się wtedy dwie potrawy: śledzie z białym chlebem (w historycznym dniu dostarczyła je wygłodzonym mieszkańcom flota Wilhelma) i hutspot, jednogarnkowe danie z ziemniaków, marchwi, cebuli i mięsa, który znaleziono jeszcze ciepły w kotle w opuszczonym obozie Hiszpanów. Ten oryginalny (?) garnek jest do dziś przechowywany w Stedeliijk Museum de Lakenhal.