Dni Światowego Portu odbywają się w Rotterdamie już od 35 lat. To najlepsze okazja, żeby zobaczyć jak wygląda i funkcjonuje największy port w Europie. Rożne firmy działające w Europorcie organizują wycieczki, dzięki którym można zobaczyć jak wyglądach ich codzienna operacja.
Rotterdam to największy port kontenerowy w Europie i jedyny europejski port w światowej dziesiątce. W 2011 przeszło przez niego ponad 7 mln kontenerów.
Nam udało się załapać na wycieczkę do terminalu kontenerowego ECT Delta.
Firma ECT (Europe Container Terminals) zajmuje się kontenerami od roku 1966. To oni wymyślili i wprowadzili w życie zautomatyzowany terminal kontenerowy.
Terminal Delta znajduję się w wchodzącym w morze Północne Maaslvlakte, około 30 km od Rotterdamu. Takie usytuowani pozwala nawet największym statkom zacumować przy nabrzeżu 24 godziny na dobę nawet przy pełnym obciążeniu, bez ograniczeń związanych z przechodzeniem przez śluzy czy wahaniami poziomu wody (przypływy i odpływy).
Na terenie terminalu używa się 265 automatycznie kierowanych pojazdów (Automated Guided Vehicles – AGVs) do transportu kontenerów pomiędzy statkiem a miejscem składowym, gdzie do akcji wkraczają 140 zautomatyzowane dźwigi (Automated Stacking Cranes – ASCs).
Kontenery przyjeżdżają i wyjeżdżają z terminalu pociągami, ciężarówkami i barkami. Na terenie znajdują się dwa terminale kolejowe, dedykowane nabrzeże dla barek (oprócz tego używanego również przez statki) i maksymalnie zautomatyzowany system pozwalający obsłużyć 20000 tirów.



Perłą kolekcji (i wystawy) jest „Portret Aeltje Uylenburgh, wiek 62” pędzla Rembrandta. Płótno to przez trzy generacje należało do rodziny Rothschildów. Cena wywoławcza ogłoszona prze Roberta Nortmana, który wystawił je na sprzedaż w marcu 2001 roku wynosiła 36,5 miliona USD. By zebrać wymaganą sumę pieniędzy państwo van Otterloo sprzedali 18 innych obrazów ze swojej kolekcji.
Schiedam to miasteczko u progu Rotterdamu (zresztą wchodzi w skład tego zespołu miejskiego) sięgające swą przeszłością do połowy XIII w. Swą obecną popularność zawdzięcza niezwykle uroczemu centrum poprzecinanemu licznymi kanałami, produkcji narodowego trunku jenever (tradycyjny likier o dużej zawartości alkoholu; z niego wywodzi się gin) i pięciu najwyższym na świecie wiatrakom (gwoli ścisłości – między Schiedam a Rotterdam jest jeden wyższy wiatrak – De Nolet – 43 m, ale został on wybudowany dopiero w roku 2006 li tylko i wyłącznie w celach komercyjnych ;).


Niedaleko ratusza znajduje się Koornbrug (w wolnym tłumaczeniu Most Kukurydziany), jako że już od XV wieku handlowano tu kukurydzą. Obecna budowla z trzema arkadami pochodzi z XVII wieku i zastąpiła pierwotną, dwieście lat młodszą. W XIX wieku most przykryto neoklasycystycznym dachem. Natomiast w centralnej (geograficznie) części miasta znajduje się wzniesienie, a na jego szczycie Burcht (cytadela). Nie wiadomo dokładnie, kiedy powstała pierwsza budowla, ale obecna już w XV wieku straciła swe obronne, militarne znaczenie wchłonięta przez rozwijające się miasto. Dwieście lat później została przekształcona na swego rodzaju park miejski, z ogrodami i labiryntem. Do dziś pozostaje ulubionym miejscem spacerów, choćby dlatego, że z jej szczytu roztacza się bardzo przyjemny widok na całe miasto.
Wspomniane wcześniej wyzwolenie Leiden upamiętnia także coroczny jarmark z pokazami sztucznych ogni. Tradycyjnie jada się wtedy dwie potrawy: śledzie z białym chlebem (w historycznym dniu dostarczyła je wygłodzonym mieszkańcom flota Wilhelma) i hutspot, jednogarnkowe danie z ziemniaków, marchwi, cebuli i mięsa, który znaleziono jeszcze ciepły w kotle w opuszczonym obozie Hiszpanów. Ten oryginalny (?) garnek jest do dziś przechowywany w Stedeliijk Museum de Lakenhal.
Pomiędzy rokiem 1600 a 1800 Delft było najważniejszym producentem ceramiki w Europie. Produkty trafiły „pod strzechy”, a niebieski barwnik używany do dekoracji (ciekawostka: de facto barwnik ten jest czarny, dopiero w procesie wypalania naczynia kolor zmienia się na niebieski) stał się jej znakiem rozpoznawalnym. Rosnąca konkurencja spowodowała spadek jakości i eliminację mniejszych producentów. W połowie XIX w. w Delft działała już tylko
Ale co mnie najbardziej zafascynowało, to cechy bardziej ‘praktyczne’ rzekłabym. Nawet największe i najbogatsze kolekcje są zaaranżowane i udostępnione publiczności w taki sposób, że człowiek może spędzić w muzeum kilka godzin i nie nudzić się, nie narzekać (hmm.. kolejna sala z porcelaną z któregoś tam wieku..). O atrakcjach dla dzieci mogłabym napisać chyba rozprawę doktorską. Właściwie każdy obiekt oferuje specjalną trasę i przewodnik dla najmłodszych, tak że wyprawa do muzeum staje się dla nich wielką przygodą, ‘gonitwą’ od jednej do drugiej sali w poszukiwaniu konkretnego obrazu (np. z widokiem stołu zastawionego do śniadania), liczeniu ile jest obrazów z ptactwem domowym, odnajdywaniu obrazu z największą liczbą różnorodnych insektów, szukaniem portretu rodziców z synem i psem.
O Voorburgu można powiedzieć, że jest bardzo starożytny, jako że już w II w. n.e. istniała na tym terenie rzymska osada. W XVII w. mieszkał tu w posiadłości Hofwijck pisarz i poeta Constantijn Huygens oraz jego syn Christiaan Huygens – znany astronom i matematyk. Sam dom zachował się po dziś dzień, choć większość posiadłości została zajęta przez… holenderskie koleje :). A szkoda bo cały ten teren został bardzo szczegółowo i przemyślnie zaprojektowany, by odzwierciedlać idee humanizmu, czyli wyższości ludzkiego rozumu. Przez jakiś czas mieszkał tu również Spinoza (tak, TEN Spinoza). Cała zabudowa Voorburga to zazwyczaj dwupiętrowe domki, w centralnej części dosyć stare (około 100-letnie), raczej niewielkie i przeurocze :).