O tym, że mam kota na punkcie kota wiedzą wszyscy. Ale o tym, że mam kota w domu już nie… dziwne… Pewnie dlatego, iż wyciągnęłam błędny wniosek logiczny: ktoś ma bzika na punkcie kotów = ma w domu futrzaka
.
Trzeba sprostować to nieporozumienie. Ogłaszam więc wszem i wobec, że od 16 (!) lat mieszka z nami rudy kocurek imieniem Ziutek. To nietypowe imię, a oddziedziczył je po… kotce – Ziutce, ulubienicy mojej siostry z dzieciństwa i wakacji spędzanych u ciotki na wsi.
Kotek trafił do nas przez przypadek, zgarnięty z wiejskiego podwórka, i od razu wiedział, że najbardziej musi się przymilać do największego oportunisty – mojego taty, któremu idea posiadania kota wcale się nie podobała. Ale kotek został i dziś mogę powiedzieć, że to właśnie mój tato jest jego największym wielbicielem i to on jest odpowiedzialny za jego rozpieszczanie
.
Czytaj dalej »
Dziś napiszę o dwóch płynnych
składnikach, które mają bardzo częste zastosowanie przy przyrządzaniu potraw kuchni indonezyjskiej.
Mleko kokosowe
Najpierw chciałabym wyjaśnić pewne istotne nieporozumienie, co do tego czym jest i jak wygląda mleko kokosowe. Płyn, który można znaleźć wewnątrz orzecha kokosowego (przeźroczysty, o intensywnym kokosowym smaku) to woda kokosowa. Natomiast mleko kokosowe powstaje po wymieszaniu bardzo drobniutko zmielonej kopry (miąższu orzecha kokosowego) z ciepłą wodą. I dlatego prawdziwe mleko kokosowe wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciu obok :) – bielutkie, gęste, o kremowej konsystencji.
W kuchni indonezyjskiej mleko kokosowe jest podstawa dla wszelakiego rodzaju curries (mięsnych i warzywnych), dodawane jest do ryżu, sosów i deserów.
Obecnie mleko kokosowe jest powszechnie dostępne i to zazwyczaj można wybierać spośród kilku marek. Na co więc zwrócić uwagę przy zakupie?
- jak najmniej dodatków konserwujących (co oznacza niestety droższe marki)
- po otwarciu puszki na wierzchu powinien być gruby kremowy kożuch, a pod nim chudsze mleko
Czytaj dalej »
Kolejne dwa ‘dodatki’ często używane w kuchni indonezyjskiej. Pierwszy z nich – tamarynd – można już dostać w Polsce. Trudno osiągalny jest natomiast drugi ze składników, a jest on niezbędny w wielu przepisach i nie ma możliwości zastąpienia go żadnym innym produktem.
Tamarynd (Tamarindus indica)
Drzewo tamaryndowca, chociaż pochodzi z Afryki Wschodniej, jest powszechnie uprawiane w Indonezji i Malezji. Jego arabska nazwa tamr hindi znaczy indyjski daktyl mimo, że rośliny te nie są ze sobą spokrewnione. Owoce tamaryndowca to szaro-brazowe długie nasiona wypełnione ciemno-brązową papką (niezbyt apetycznie wyglądającą
). Papka ta ma słodko-kwaśny smak z nutą karmelu. Miesza się ją z bardzo gorącą wodą by otrzymać jasno-brązowy, gęsty ekstrakt, który dodaje się do curries, potrawek czy zup.
Dutch – Tamarinde
English – Tamarind
Indonesian – Asam Jawa
Trassi/Pasta z suszonych krewetek
Czytaj dalej »
Tydzień temu urządziliśmy sobie w ogrodzie pożegnanie lata. Z sukcesem
przetestowałam nowe przepisy na filety z kurczaka, marynowane plastry ananasa i pieczarki z serem pieczone na grillu, a zaimprowizowany sos z musztardą Dijon i ziołami prowansalskimi okazał się przebojem.
Ale najpiękniejszym akcentem był spektakularny pokaz, jaki zagwarantowały nam chmury przepływające po intensywnie błękitnym niebie. Przypomniały mi się wyuczone tyle lat temu słowa M. Kopernika:
Cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko co piękne.
Od czego by tu zacząć? Hmm… jakiś czas temu, zainspirowana działaniami mojej siostry, czynnie zaangażowałam się w porządkowanie żydowskiego cmentarza przy ul. Lotniczej we Wrocławiu. Kiedyś już zresztą o tym wspominałam
.
W maju tego roku na cmentarzu pracowała grupa nastolatków z Detroit (dziwne, że lokalna młodzież nie ma na to ochoty.. a może w ogóle o tym nie wiedzą? ); wykonali naprawdę olbrzymią robotę ‘odkopując’ m.in. pole urnowe. To miejsce unikatowe, jako że Żydzi zasadniczo nie kremują swoich zmarłych, zgodnie z zasadą o nienaruszalności ciała. Postanowiłyśmy więc z siostrą, że fotografie z tego miejsca umieścimy w mojej galerii.
W połowie sierpnia dostałam e-mail od pana Y. G. z Hajfy, który na jednym ze zdjęć rozpoznał nagrobek swojego przodka. Okazało się, że nikt z jego rodziny nie miał pojęcia iż Herbert M. został pochowany we Wrocławiu, a nie w Arozie (Szwajcaria), gdzie zmarł. I tak zaczęła się intensywna wymiana wiadomości, maili, której częstotliwość rosła w miarę przybliżania się daty przyjazdu izraelskiej grupy do Polski (na grupę tą złożyły się 24 osoby w różnym wieku, należące do potomków Marie i Ludwig M.).
Spotkaliśmy się w poniedziałek, w hotelu Sofitel i stamtąd wyruszyliśmy na cmentarz. Tuż przed opuszczeniem hotelu wielka wpadka – przedstawiciel wrocławskiej gminy żydowskiej i jednocześnie oficjalny opiekun cmentarza, spotkanie z którym zostało ustalone kilka tygodni temu, nagle odwołał swoją obecność!!! Czytaj dalej »
Nigdy nie przepadałam i nadal nie lubię orzechów arachidowych. Wizja kanapki z masłem orzechowym mnie przeraża. Ale sos z tychże… całkiem inna sprawa.
Jest przepyszny, z dominującym smakiem orzechów, ale wyczuwalnymi również papryczkami, a przy tym ‘gładki’ dzięki mleku kokosowemu. Nic dodać, nic ująć.
Sos z orzechów arachidowych używany jest jako swego rodzaju dressing do Gado-Gado (o którym pisałam w poprzednim poście), jak również jako dip dla szaszłyków z wołowiny czy kurczaka.
Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by resztki sosu zjeść po prostu z ryżem i fasolką szparagową.
- 250 g niesolonych (!) orzechów arachidowych(= ziemnych) bez łupiny
- 1 ½ łyżeczki trassi
- 1 świeża papryczka chilli lub 2 małe suszone, poszatkowane
- 2 ząbki czosnku, pokrojone na małe kawałki
- 3 – 4 łyżki cukru palmowego lub ciemno-brązowego
- 175 ml mleka kokosowego
- 1 łyżka octu jabłkowego lub ryżowego
- ¾ łyżeczki soli koszernej (ewentualnie morskiej)
- 175 ml wody
Rozgrzać rondel o średnicy ok. 30 cm (najlepiej użyć teflonowego, ponieważ ten sos ma tendencje do ‘przyklejania się’ ). Gdy będzie gorący dodać orzechy i smażyć 3 do 6 minut aż pojawią się apetyczne złote plamki, cały czas mieszając. Przenieść orzechy do miski i pozwolić im ostygnąć. Następnie przełożyć do dużego (pojemnościowo) robota kuchennego i mielić, aż będą miały konsystencje piasku. Uwaga! Nie wolno ‘przedobrzyć’ bo w efekcie będziemy mieli masło orzechowe
.
Czytaj dalej »
To jedna z najpopularniejszych w Europie potraw kuchni indonezyjskiej. Nazwa Gado-Gado oznacza „potpourri” i świetnie oddaje specyfikę tego dania – mieszanki surowych i podgotowanych warzyw serwowanych z sosem z orzechów arachidowych i chipsami krewetkowymi.
- ok. 400 ml sosu z orzechów arachidowych (przepis w następnym poście
)
- 10 – 15 chipsów krewetkowych
- 4 średniej wielkości ziemniaki, obrane i pokrojone w plasterki grubości ok. 0,5 cm
- olej arachidowy do smażenia (ewentualnie słonecznikowy)
- 200 gram kiełków fasolki mung (oczyszczonych z ogonków)
- 1 duża marchewka, obrana i pokrojona w skośne plasterki grubości ok. 0,5 cm

- 40 ładnych długich fasolek szparagowych pokrojonych na 5 cm kawałki
- ½ małej główki sałaty lodowej (to moja ulubiona; można też użyć zwykłej sałaty masłowej lub kapusty pekińskiej; ta ostatnia musi mieć jednak zielone a nie żółte liście, z czym bywa problem) poszarpanej na kawałki
- 1 średniej wielkości ogórek zielony, obrany i pokrojony w dużą kostkę
- sól koszerna (ewentualnie morska)
Olej wlać do rondla, by miał około 1,5 cm głębokości i rozgrzać na dużym ogniu, aż będzie gorący (temperaturę można sprawdzić wrzucając plasterek ziemniaka; olej jest gotowy jeśli ziemniak od razu zacznie się smażyć). Smażyć ziemniaki partiami (by się nie pozlepiały) 4-7 minut, aż będą złoto-brązowe. Przenieść ziemniaki na papierowy ręcznik, by pozbyć się nadmiaru tłuszczu i pozwolić im ostygnąć.
Czytaj dalej »
Kiedy byłam mała żadna wizyta we Wrocławiu nie mogła się obyć bez wycieczki do ZOO (wtedy pod dyrekcją państwa Gucwińskich). Z ogrodów zoologicznych zasadniczo wyrosłam (choć jesli mam okazję zobaczyć jakiś naprawdę niezwykły, to nie odpuszczę), za to zakochałam się we wrocławskim ogrodzie japońskim i każdy wyjazd do stolicy Dolnego Śląska oznacza również pobyt w tym niesamowitym miejscu.
Sam ogród położony jest praktycznie vis a vis ZOO (trzeba tylko minąć olbrzymią Halę Stulecia ). A ponieważ jest to miejsce naprawdę niezwykłe pozwolę sobie zarysować jego historię
.
Wiek XIX i początek XX to okres niebywałej fascynacji sztuką Dalekiego Wschodu. Dzięki ekspedycjom naukowym wiedza o tych baśniowych krainach przestała w końcu być zaledwie wytworem wyobraźni osadzonym na skąpych informacjach. Najwięcej czasu zajęło poznawanie Japonii, która od 1638 do 1852 roku była szczelnie (!!!) zamknięta dla cudzoziemców. Jednakże, jak to często bywa, wzrost wiedzy o Japonii nie szedł w parze ze zrozumieniem specyfiki tej wysoko rozwiniętej i odmiennej kultury; choć bywały wyjątki.
Jednym z nich był Friedrich Maximilian von Hochberg z Iłowej koło Żagania, ambasador cesarza Niemiec w Japonii, podróżnik i kolekcjoner, najwyższej klasy autorytet w sprawach sztuki wschodu. On to był pomysłodawcą utworzenia Ogrodu Japońskiego, jako jednego z ogrodów tematycznych Wystawy Sztuki Ogrodowej, która odbyła się we Wrocławiu w 1913 roku. Hrabia zadbał by jego pomysł przybliżył ‘prawdziwą’ Japonię, w której duże znaczenie odgrywa tradycja kontemplacji natury, docenianie piękna otoczenia oraz umiejętność tworzenia jej artystycznego obrazu o idealnej formie. Choć po wystawie pawilony rozebrano, a wyposażenie zwrócono właścicielowi, to sam układ ogrodu został zachowany.
Czytaj dalej »
Miałam niezły dylemat zastanawiając się jak podać nazwę tego przepisu. Oryginalna nazwa – Inche Kabin – mało komu wyjaśni cokolwiek ;). Z kolei „kurczak smażony po indonezyjsku” sugerowałoby tylko namiastkę oryginalnego dania. I nie chodzi mi tylko o fakt, że można go usmażyć z dodatkiem różnych przypraw, ale również o to, że sam proces smażenia może wyglądać różnie. Kurczaka można obsmażyć nad ‘żywym’ ogniem (np. grill), na patelni wysmarowanej tłuszczem, ale również w głębokim tłuszczu. Tak, jak w tym przepisie.
W końcu stanęło na takiej nazwie, jak w tytule ;). Danie to ma niesamowity smak, jakże egzotyczny dla polskich kubków smakowych nie przyzwyczajonych do takiej ilości i różnorodności przypraw. Sekretem jest marynata, w której kurczak spędza duuużo czasu (im więcej, tym lepiej). Zresztą spróbujcie sami ;).
- Ok. 1,5 kg kurczaka (skrzydełka, udka, nóżki)
- 15cm długości kawałek cynamonu (lub kilka krótszych), połamany na kawałki długości około 1cm
- 2 -5 malutkich suszonych papryczek chili
- 1 łyżka koriandru
- 1 łyżeczka kminu rzymskiego

- 1 łyżeczka fenkułu
- 1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
- 2 łyżeczki kurkumy
- 2 łyżeczki cukru
- 2 łyżeczki soli koszernej (ewent. morskiej)
- 5 szalotek posiekanych
- Ok. 125 ml mleka kokosowego
- Olej arachidowy (ewent. słonecznikowy) do smażenia
Kurczaka dokładnie opłukać pod zimną wodą i delikatnie osuszyć papierowymi ręcznikami.
Do małego miksera włożyć cynamon, papryczki, koriander, kmin, fenkuł, pieprz, kurkumę. Miksować 2-3 minuty, aż do uzyskania jednolitego proszku (wskazówka – można zmiksować wszystkie przyprawy oprócz kurkumy, a tą dołożyć na końcu i wymieszać łyżeczką; farbuje tak mocno, że nie da się tego domyć!). Dodać cukier, sól, szalotki i miksować do uzyskania masy o konsystencji puree.
W dużej misce bardzo dokładnie wymieszać tą pastę z mlekiem kokosowym, dodać kurczaka i dokładnie go pokryć marynatą (najlepiej użyć do tego własnej ręki
).
Czytaj dalej »
Ciąg dalszy mojej wizyty w stołecznym mieście Krakowie…
Po Wawelu przyszła kolej na Kazimierz. Hmm… nie jestem pewna czy swego rodzaju „moda” na tą dzielnicę dobrze jej robi. Faktem jest, że wiele budynków, które chyliły się ku upadkowi, zyskało nowy wygląd, ale też nową funkcję… Roi się tu na przykład od hoteli. Poza tym wydaje mi się, że wszystkie małe lokaliki zostały przerobione albo na knajpki albo na galerie. Serio! Wystarczy przejść się od ul. Krakowskiej wzdłuż Meiselsa, wokół pl. Nowego, a następnie wzdłuż Estery i św. Józefa wrócić do Krakowskiej. Uah… Na dodatek w mojej ulubionej galerii z żywymi kotami na Józefa nie było kotów
.
Interesujące, iż te nowe inwestycje są najczęściej stylizowane na stare, o wiekowych tradycjach, jednakże nie zawsze z sukcesem. Mówcie co chcecie, ale ja wolę ten dawniejszy Kazimierz: trochę zaniedbany, ale dzięki temu niesamowicie sympatyczny i uroczy (chyba jestem beznadziejnie sentymentalna).
Stare Miasto – i znowu niespodzianki. W końcu zakończono remont kamienicy bp. Ciołka na Kanoniczej, aczkolwiek muzeum nie otworzyło jeszcze swoich bram dla zwiedzających.
Ale największa chyba niespodzianka czekała mnie na pl. Wszystkich Świętych. Pojawił się tam bowiem nowy budynek – Pawilon „Wyspiański 2000”. Autorem pomysłu samego budynku z wprawionymi w fasadę trzema niezrealizowanymi przez Wyspiańskiego witrażami (Henryk Pobożny, Kazimierz Wielki i św. Stanisław) był Andrzej Wajda. Jednakże realizacja zajęła prawie 10 lat. Projekt pawilonu opracował Krzysztof Ingarden (tak, tak; ten sam, który współprojektował „Mangghę”). Bardzo spodobał mi się wygląd fasady od strony placu. Trudno jest bowiem pogodzić ‘nową’ architekturę z historyczną zabudową tak, by wszystkie elementy pasowały do siebie.
Całość pokryta jest ceglanymi płytkami z wytłoczonym motywem liścia kasztanowca. Płytki ‘nadziane’ są na metalowe pręty, tak, że można zmieniać ich położenie tym samym zwiększając/zmniejszając ilość światła wpadającego do wnętrza. Choć słyszałam, że przechodnie mają zapędy, by ręcznie przesuwać płytki i w efekcie cały system nie funkcjonuje najlepiej
. Uporządkowano też skwerek między pawilonem a przystankiem tramwajowym; po środku ustawiono metalową makietę układu przestrzennego tej okolicy w okresie, gdy stał tu jeszcze kościół Wszystkich Świętych. Z podpisem w języku Braile’a!!!! (między innymi) Również pomnik prezydenta Zyblikiewicza na tym zyskał – nareszcie jest nie tylko widoczny, ale i dostępny bez narażania się na potrącenie samochodem.
Czytaj dalej »