Przeżyłam dziś niesamowicie miła niespodziankę. Pojechałam z mamą do Legnicy na zakupy. Okazuje się jednak, że trudno (czy w ogóle jest to możliwe?) kupić spódnicę dla kobiety po 50-tce, która nie lubi się ośmieszać nosząc kolory czy kroje przeznaczone właściwie dla nastolatek. Ale nic to…
Spacerując po mieście, w którym byłyśmy dziesiątki razy, udało nam się po raz pierwszy wejść do kościoła niegdyś katolickiego, obecnie protestanckiego (ale o tym napiszę osobno). Później zaś – dosyć już głodne – zahaczyłyśmy o cukiernię (swoja drogą w Legnicy jest bardzo dużo cukierni… ) zwaną Korneliusz Okoń (właściciel ?) .
Zasadniczo jest to cukiernia, czyli w ofercie mnóstwo własnej roboty ciast, ciasteczek i pieczywa (okrągły wiejski chlebuś ). Na przykład ‘makiełki’ – zrolowane ciastko drożdżowe wypełnione masą makowo-bakaliową, a na wierzchu obsypane prażonymi migdałami i orzechami. Pychotka.
Z napojów – soki serwowane w szklankach z kostkami lodu i kawa. Nie z prawdziwego ekspresu :-(, ale całkiem porządnej maszyny, która potrafi zrobić niezłe spienione mleko.
Czytaj dalej »
Jakiś czas temu – raczej dawno – dostałam taki rysuneczek via GG od mojego szwagra. Albo siostry. Oni dopiero co się ‘okocili’ i jakoś tak mi się przypomniała ta mapka. Mam kota od 16 (!) lat, kota na punkcie kotów od jakiś 28 lat ;) i podpisuje się obiema rekami stwierdzając oryginalność tej mapki.

Dodatkowe komentarze ode mnie:
1. trzeba albo je wygryźć z futerka albo złapać i zjeść
Czytaj dalej »
Moja siostra i szwagier ‘w końcu’ przygarnęli kotki. Do nowego mieszkania wprowadzili się jakieś dwa tygodnie temu i już nie mogli się doczekać, aż w mieszkaniu będzie się rozlegał tupot małych nóżek… tfu… małych łapek :) .
Kociaki znaleźli za pośrednictwem wrocławskiego TOZ-u. Jedna z wolontariuszek zajmowała się dziką kotka i jej czteroma maleństwami. Zdecydowali się na dwa kociaki, bo w ciągu tygodnia sporo pracują i nie chcieli, by jedno maleństwo tak długo siedziała samo w domu. Poza tym, co dwa koty to nie jeden.
I tak w ubiegły piątek pojawiły się Pyszczek i … kotek, który zaraz następnego dnia został Plamkiem : ). Dwa kocurki – rodzeni bracia – a charakterki zupełnie inne.
Na dotyk ręki reagują całkowicie inaczej: Pyszczek od razy włącza mruczando a Plamek zaczyna syczeć. Na razie płochliwe, ale młode są jeszcze i musza się przyzwyczaić do ludzi.
Już dały popalić, bo uaktywniają się późnym wieczorem i szaleją cała noc. Wyobraźcie sobie dwa rozbrykane kociaki, w wielkim mieszkaniu z kafelkami i panelami na podłogach (żadnych dywanów), z dwoma prawie pustymi pokojami i jednym umeblowanym. Dodajcie do tego piłeczkę ping-pongową i myszkę. Brak snu gwarantowany. Ale są takie urocze, że wszystko można im wybaczyć :D .

To, co mnie najbardziej fascynuje w kuchni indonezyjskiej to inne smaki. A one są przede wszystkim efektem używanych przypraw. Niektóre z nich są nam znane, choć aż nazbyt często zdarza się, że je mylimy (anyż a anyżek, kmin a kminek, cynamon). Ale myślę, że główna różnica polega na ILOŚCI przypraw, których używa się przy gotowaniu. W krajach zachodnich nie dodaje się więcej niż 3-4 przyprawy do jednej potrawy, w ilościach śladowych (szczypta, pół łyżeczki). W kuchni azjatyckich do jednej potrawy dodaje się kilkanaście przypraw w niesamowicie smakowitych ilościach ;). Jak np. 10 cm laska cynamonu czy cała gałka muszkatołowa.
Postanowiłam więc opisać kilka przypraw – tych, które pojawiają się w prezentowanych przeze mnie przepisach, a są mało (lub mylnie) znane.
Na dobry początek – anyż gwiazdkowaty i cynamon.
Anyż gwiazdkowaty (Illicium verum)
Anyż gwiazdkowaty pochodzi z południowych Chin i Wietnamu. Jego chińska nazwa znaczy tyle co oktogon, osiem rogów i odnosi się do kształtu ośmioramiennej gwiazdy jaki przybierają te owoce, zawsze używane w postaci suszonej.
Do Indonezji anyż gwiazdkowaty przywędrował z Indii i choć obecnie rzadko używany, nadal można go spotkać w daniach regionu północno-wschodniej Sumatry i Malezji.
Ze względu na olbrzymie podobieństwo zapachu anyżu gwiazdkowatego do anyżu, w wielu europejskich językach (w tym w języku polskim) jego nazwa jest kombinacją słowa ‘anyż’ i epitetu określającego bądź to jego azjatyckie pochodzenie, bądź też ‘gwiezdny’ kształt.
Czytaj dalej »
Pozostałe posty z serii "Przyprawy kuchni indonezyjskiej"
Complete makeover… czy jak to tam było ;).
Postanowiłam dokonać kompleksowej operacji zmiany wyglądu moje strony. Wcześniej zdarzało mi się wprowadzać drobne poprawki, zmieniać kolory, ale zawsze było to ad-hoc. Bez uwzględnienia faktu jak to się będzie miało do reszty.
Tym razem siedziałam kilka dni ‘bawiąc się’ z kolorami ( a raczej odcieniami). Zdecydowałam się oprzeć całość na schemacie zwanym Kenya Coca. Tu jest próbnik. Poza tym zmieniłam wygląd linków -> te w postach są ZAWSZE napisane dużą literą. Dodałam również nawigację między postami ( przy czytaniu pojedynczych wpisów), a całość przetłumaczyłam na język polski (wyjątek -> daty). Wkrótce pojawią się także tagi (uzupełniam je na bieżąco i wstecz, i chcę mieć gotowe wszystkie zanim je opublikuję) – mam nadzieję, że pomogą one w wyszukiwaniu postów o konkretnej tematyce, jako że są bardziej szczegółowe niż kategorie (nie chciałam tworzyć tylu kategorii/podkategorii, by nie ‘zaciemniać’ obrazu, a z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że przy szukaniu bardziej konkretnej informacji ułatwiają one życie :). Poza tym kilka akcentów – dla urozmaicenia i zabawy ;).
Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze!
Szukałam w zamrażalniku lodów. Ale jakoś tak znalazłam kawałek wołowiny ;). Fascynujące odkrycie. Można by coś z tego zrobić…
Poszłam więc po mój segregator z indonezyjskimi przepisami i skupiłam się na tych potrawach, których głównym składnikiem jest właśnie wołowina. I zobaczyłam Semur Daging Lembu czyli potrawkę z wołowiny z warzywami po Malakańsku (hmm… nie jestem pewna czy tak właśnie tworzy się przymiotnik od miasta Malakka ;) ). Tego jeszcze nie próbowałam. Tzn. jeszcze samodzielnie nie przyrządzałam, bo jeść jak najbardziej jadłam.
Danie to ma portugalskie korzenie (spadek po XVI-wiecznych kolonizatorach). Azjatyccy kucharze dodali doń tylko ‘swoje’ przyprawy i sos sojowy. Tylko? Myślę, że typowe dla tej części świata całkowicie zmieniły smak. Portugalskiego pierwowzoru nie próbowałam, ale ta potrawka to pychotka.
- ok. 700 gram ładnej wołowiny pokrojonej w kostkę o boku długości ok. 3 cm
- 2 łyżki indonezyjskiego sosu sojowego
- 1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
- 10 szalotek pokrojonych w kostkę (nie wiem dlaczego, ale szalotki dostępne w Polsce są zazwyczaj duże; lepiej więc wziąć 5)
- 4 łyżki oleju arachidowego (ewent. słonecznikowego) plus dodatkowo do smażenia
- 1 cała gwiazdka anyżu
- 2 całe nasiona zielonego kardamonu (trzeba je ‘rozłupać’ dociskając do blatu płaską stroną noża)
- 4 goździki
- 1 kawałek cynamonu długości 10 cm (lub dwa-trzy krótsze, których długość zsumuje się do 10 cm)
- 1 łyżka mąki
- ½ l wody
- 1 czerwona cebula średniej wielkości pokrojona wzdłuż na 8 cząstek
- 1 średnia marchewka, obrana i pokrojona w skośne plasterki grubości około 0,5 cm
- ok. 150 g świeżego lub mrożonego zielonego groszku
- 2 średnie ziemniaki
- 2 łyżeczki octu jabłkowego lub ryżowego
- opcjonalnie sól koszerna (ewen. morska)
Wołowinę włożyć do dużej miski, polać sosem sojowym i posypać pieprzem. Dobrze wymieszać, najlepiej ręką, i marynować ½ do 1 godziny w temperaturze pokojowej, bez przykrycia.
Czytaj dalej »
Dziś moja podopieczna obchodzi pierwsze urodziny :D.
Fotka retrospektywna i najbardziej aktualna jaką mam:

Oczywiście nie omieszkałam zrobić dla niej specjalnej kartki urodzinowej :).

Jakiś czas temu pisałam o porzuconym kotku, którego dokarmiałam razem z kilkoma sąsiadami z mojego bloku ( i sąsiedniego również -> a to spryciarz ;).
Dziś dowiedziałam się o przerażającej rzeczy. Kotka już nie ma. Nie żyje. Nie dlatego, że zachorował, czy dlatego, że potrącił go samochód. Nawet (?) nie został zagryziony przez jakiegoś głupiego psa, które zawsze się pętają bez smyczy i kagańca (choć jest to łamanie prawa).
Otóż jakiś dwóch szczylów ( to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi na myśl w tej chwili), w wieku około 10 lat, zrzuciło kotka z balkonu 10-piętra…. Sąsiadka, która to widziała była w stanie stwierdzić tylko, że to nie dzieciaki z naszego bloku, bo ich nie rozpoznała.
NIE ROZUMIEM TEGO!!!! Dlaczego? Co chcieli w ten sposób sprawdzić/udowodnić? Że są w stanie odebrać komuś życie? Że są ‘panami’, którzy mogą szafować życiem innych? Na pewno ujdzie im to na sucho, bo w naszym kraju okrucieństwo wobec zwierząt podchodzi pod „… czyn o małej szkodliwości społecznej”. A czy ktoś się nie pomyślał, że 10-latek, który morduje kota (bo tego nie można nazwać inaczej) i któremu uchodzi to na sucho NAPRAWDĘ może poczuć się bezkarnie? Że za 10 lat może dojść do wniosku, iż najlepszym sposobem ukarania dziewczyny, która go zdradziła jest zabicie jej? A jak za 15 lat matka go obsztorcuje, że się obija, to co? Zatłucze ją? Bardzo możliwe.
Żałuję strasznie, że nie wiem które to dzieciaki. Troszkę bym im utrudniła życie.
Czytaj dalej »
Swego czasu bardzo mnie interesowało, jak powstają fotografie błyskawic. Są one przecież nieprzewidywalne: nie wiadomo gdzie i kiedy uderzą. Nawet w czasie burzy – raz tu, raz tam, a częstotliwość nie ma żadnej rytmiki. Poza tym jako posiadaczka klasycznego aparatu fotograficznego, a jednocześnie nie narzekająca na nadmiar pieniędzy, nie mogłam sobie pozwolić na robienie zdjęć na tradycyjnym filmie z nadzieją, że moje jednak coś udało mi się uchwycić w kadrze.

I teraz ciekawa historia. Aparat cyfrowy mam od półtora roku; w tym czasie ANI RAZU nie udało mi się być w “centrum” prawdziwej burzy z piorunami. Tzn. mi i mojej cyfrówce jednocześnie :). Aż do wczoraj.
Nad moim osiedlem przechodziła w końcu dłuuugo oczekiwana burza z całkiem konkretnym opadem deszczu. To było już po 23, więc ciemno i efekty wizualne niesamowite. Postawiłam więc aparat na parapecie okna (co by nadmiernie nie rozmazać obrazu) i… po prostu naciskałam spust migawki. Raz po razie. Efekt? Myślę, że jak na pierwszy raz nienajgorszy. Na około 50 zrobionych zdjęć, błyskawice były widoczne na jakiś 10-ciu. Niestety tylko na pięciu ostrość była dobra lub co najmniej zadawalająca (użyłam programu auto - i to był błąd, gdyż program ten nie radzi sobie z nastawianiem ostrości na nieskończoność). A oto efekty :).

Będąc z wizytą u siostry we Wrocławiu udało mi się dorwać kiełki fasolki mung. Uwielbiam, a ciężko je kupić. Chociaż zauważyłam, dosyć łatwo można nabyć jej nasionka specjalnie spreparowane do kiełkowania. Będę musiała to wypróbować, by zapewnić sobie stałą dostawę :).
W każdym bądź razie postanowiłam, że zrobię coś szybkiego, pysznego i lekkiego (upały jakoś nie nastrajają do ciężkich dań mięsnych ;).
Tauge Goreng (smażone kiełki fasolki mung)
- 2 łyżki oleju arachidowego (ewent. słonecznikowego)
- 1 szalotka pokrojona wzdłuż na cieniutkie plasterki
- 1 ząbek czosnku pokrojony wzdłuż na cieniutkie plasterki
- 1 świeża czerwona papryczka chilli, wypestkowana i pokrojona na cieniutkie skośne plasterki

- ok. ½ kg kiełków fasolki mung (możliwie najświeższe -> jasnokremowe; nie pomylić z kiełkami sojowymi, które są znacznie grubsze); poodcinać ogonki i dokładnie umyć
- 1 łyżka indonezyjskiego sosu sojowego
- 3 - 4 ‘gałązki’ cienkiego szczypiorku; odciąć końcówki, a resztę pokroić na kawałki długości kiełków fasolki (jeśli szczypiorek jest raczej gruby, to przekroić go wzdłuż na pół)
- ¼ łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
- ¼ łyżeczki soli koszernej (ewent. morskiej)
Czytaj dalej »
Czy ja już wspominałam, że dobrze wykonana praca to podstawa udanego wypoczynku? Mam nadzieję :).
Tak więc kawał dobrej roboty zrobionej + kawał dobrej roboty do wykonania zaplanowanej + odpowiednia pogoda = decyzja o szybkim wypadzie nad wodę.
Planowaliśmy wypad do Spalonej; jazda skrótami wyprowadziła nas na manowce i zaowocowała zmianą w kwestii wyboru miejsca docelowego -> jedziemy do Jezierzan. Jednakże rzut oka na malutkie, zatłoczone i na dodatek płatne kąpielisko sprawił, że ponownie zrewidowaliśmy nasze poglądy i postanowiliśmy mimo wszystko udać się w pierwotnym kierunku. Uah… Co za woda. Boska!
Bardzo pracowity weekend w Naborowie -> takiej fajnej mieścinie – właściwie wioseczce – koło Brzegu Dolnego. Moja siostra wraz z mężem remontują mieszkanie, którego szczęśliwymi posiadaczami zostali nie tak dawno temu. A że co 3 pary rąk to nie dwie, więc pojechałam do nich by troszkę pomóc.
Wow! Była to robota z gatunku: czarnych i niewdzięcznych, która jednak musi zostać wykonana. Zdzieranie z okien starych taśm ochronnych (po przetestowaniu kilku rozpuszczalników najlepszy okazał się… CIF i gąbka ;) i skuwanie ze ścian tynku. Fantastyczne ćwiczenie na mięśnie ramion -> młotek waży jakieś 5 kg, a tynk trzeba było skuwać stojąc na drabinie z rękoma wyciągniętymi do góry. Że nie wspomnę o odpryskach i pyle… Ale zabawa było przednia, a co najważniejsze pożyteczna. A to sprawia, że łatwiej zapomnieć o efektach ubocznych. No i jeszcze widoki. To zdjęcie Śnieżki zostało wykonane z odległości około 100 km (!).

Jawor to niewielkie (obecnie) miasteczko na Dolnym Śląsku. Niegdyś stolica księstwa świdnicko – jaworskiego, które jako ostatnie na tym obszarze utraciło przynależność do Polski.
Dla mnie bardzo ważne i bliskie, bo stamtąd pochodzi moja mama.
W ubiegły czwartek wybrałam się tam na koncert organowy odbywający się w Kościele Pokoju. I choć sam koncert bardzo przypadł mi do gustu, to właściwym celem mojej wyprawy było ‘obfotografowanie’ samego kościoła.
Kościół ten został wybudowany po zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Pokój westfalski utrzymał zasadę cuius regio eius religio. W efekcie księstwo jaworskie – będące pod panowaniem katolickich Habsburgów – utraciło większość kościołów ewangelickich. Jednakże starania króla Szwecji (który pełnił funkcje gwaranta pokoju) zaowocowały pozwoleniem na budowę trzech tzw. Kościołów Pokoju. Zlokalizowane one były w Jaworze, Świdnicy i Głogowie, przy czym ostatni z nich nie dotrwał do naszych czasów.
W ogóle warunki jakimi było obwarowane zezwolenie na budowę miały ‘zapewnić’ krótkotrwałość świątyń:
- zakaz używania trwałych materiałów budowlanych (jak kamień czy cegła)
- budowla poza murami miasta, nie dalej jednak niż na odległość strzału armatniego
- zakaz wznoszenia wież i posiadania dzwonów
- wygląd nie przypominający kościołów katolickich
- koszty budowy musiała ponieść miejscowa społeczność ewangelicka
- sam kościół musiał być gotowy w ciągu roku od momentu rozpoczęcia budowy.
Czytaj dalej »
Ryż smażony po jawajsku
W Indonezji danie to jest serwowane na śniadanie. Można by powiedzieć, że to taki odpowiednik nasze jajecznicy ;). Co oznacza również, że każdy kucharz ma własny przepis i wizję jak powinno ono wyglądać. Jednakże baza jest zawsze taka sama. Ryż (najczęściej pozostałość z poprzedniego dnia) smażony z pastą smakową, której niezbędnym składnikiem jest trassi.
8 sztuk kroepoek (czyli chipsów krewetkowych)
- 4 łyżki oleju arachidowego (lub rzepakowego)
- 4 jajka
- sól koszerna (lub morska)
- ugotowany i chłodzony w lodówce przez przynajmniej godzinę ryż jaśminowy (ok. 100 g suchego ryżu na osobę)
- 1 ½ łyżki indonezyjskiego sosu sojowego (w przeciwieństwie do najczęściej spotykanego chińskiego sosu sojowego ten jest znacznie gęstszy i słodki)
- 2 ogórki zielone obrane, wypestkowane i pokrojone w słupki
Składniki na pastę smakową:
- 1 łyżeczka trassi (pasta z suszonych krewetek)
- 2 szalotki drobno pokrojone (w kuchni indonezyjskiej wszelkiego rodzaju cebulę kroi się w ‘piórka’)
- 1 ząbek czosnku drobno pokrojony
- 1-2 papryczki chilli wypestkowane i drobno pokrojone
- 1 łyżka cukru palmowego pokrojonego w cieniutkie plasterki (ewentualnie ciemnobrązowego)
No cóż lista składników jest troszkę egzotyczna ;). Przyznaję, że większość z nich mam jeszcze z zapasów poczynionych w NL. Być może są one jednak osiągalne w jakiś sklepikach orientalnych w Krakowie czy Warszawie. Niestety trassi i indonezyjski sos sojowy są niezbędne i niemożliwe do zastąpienia! Na nich opiera się smak tej potrawy.
Czytaj dalej »
Postanowiłam przeorganizować moja stronę. Przede wszystkim dlatego, że dodawanie nowych wpisów na strony podróże czy sztuka nie było widoczne dopóki ktoś tam nie zaglądnął.
Zlikwidowałam więc dodatkowe strony zostawiając tylko ‘o mnie’ i ‘linki’. Zawartość tamtych stron ‘wkleiłam’ do blogu. Chciałam jednak by ukazały się pod pierwotna datą, a nie dzisiejszą. Zajęło mi to chwilkę zanim zorientowałam się, że nie ma potrzeby mieszać w bazie danych… . Wystarczyło tylko skorzystać z malutkiej funkcji wpisanej w strukturę WP ;).
Utworzyłam też nowe kategorie korespondujące – mniej więcej – ze zlikwidowanymi stronami. I kompletnie przerobiłam sidebar (jejciu, to była interesująca robota -> dla zainteresowanych ‘sprawozdanie’ tutaj).
Mam nadzieję, że dzięki temu całość stanie się bardziej przejrzysta.