Hurra! Udało mi sie nabyć piękną azjatycką zieleninkę :). Oczywiście nie w Polsce.. Tak więc kilka słów o bok choy i kiełkach fasolki mung.
Bok Choy (Brassica rapa)
Bok choy (z tego co mi wiadomo to warzywko nie doczekało się jeszcze polskiej nazwy i pewnie szybko jej nie uzyska ;) jest jednym z podstawowych warzyw w kuchni indonezyjskiej, ale również chińskiej i innych krajów tego regionu. Należy do rodziny kapustnych. Ma jasnokremowe, długie i wąskie chrupiące łodygi zakończone wielkimi żywo-zielonymi liśćmi. W odróżnieniu od kapust znanych w kuchni europejskiej jej głowa jest mniej zwarta i właściwie ‘pusta’ w środku. Widoczne na zdjęciu liście to wszystko – wewnątrz nie ukrywają się żadne małe łodyżki ;).
Świeża jest bardzo podobna w smaku do kapusty pekińskiej (takiej o zielonych, ani już pożółkłych liściach), ale znacznie ostrzejsza. Po podsmażeniu robi się lekko słodkawa.
Dutch – paksoi
English – bok choy, Chinese white cabbage, Chinese mustard cabbage ( i jeszcze kilka innych nazw)
Indonesian – pak choy, baak choi
Kiełki fasolki mung (Vigna radiata)
Czytaj dalej »
Święta to ZAWSZE dodatkowa robota: gruntowne porządki [w moim przypadku oznacza to m.in. dokładne odkurzenie około 1,5 tysiąca książek (!)], wykonanie drobnych zadań odkładanych od ‘wieków’ na później, co by z czystym sumieniem zakończyć rok. Zresztą takie wielkie porządki bardzo temu sprzyjają; w lśniącym czystością pokoju wysuszone przyprawy i zioła powinny powędrować do pudełek i słoiczków, stos przepisów powinien zostać posegregowany i powkładany do odpowiednich segregatorów, zdjęcia w albumach powinny dostać podpisy, a storczyk w końcu powinien dostać większą doniczkę ;).
Oczywiście świąteczne przygotowania obejmują również ‘zajęcia’ w kuchni. Interesujące.. ja naprawdę uwielbiam gotować i przyrządzać nowe potrawy. Właśnie – NOWE! A to oznacza, że nie pałam nadmiernym entuzjazmem do przygotowywania tradycyjnych bożonarodzeniowych specjałów. Zostawiam to mojej mamie ;). Ja w zamian przejmuję pałeczkę w kwestii codziennych posiłków. Biedacy.. za tydzień będą mieli po dziurki w nosie kuchni indonezyjskiej ;) (zdobyłam kilka ciekawych składników i mam zamiar poeksperymentować).
Jest też ‘dziedzina’ świątecznych przygotowań, która sprawia mi ogromną radość i satysfakcję – świąteczne dekoracje oraz ręcznie wykonane kartki z życzeniami. Uhaa.. tu dopiero mogę poszaleć i popuścić wodze wyobraźni. Czytaj dalej »
Pisząc o muzeach wartych odwiedzenia w czasie pobytu w Hadze wspomniałam, że tego typu holenderskie obiekty to kompletnie inny świat w porównaniu z tym, co możemy zobaczyć w Polsce. Tym razem mam zamiar ‘rozjaśnić’ nieco tą kwestię.
Większość muzeów jest subsydiowana przez państwo, ale każde z nich ma zazwyczaj kilku bardzo prężnych sponsorów (głównie duże firmy i koncerny międzynarodowe, ale również prywatne osoby i instytucje). To sprawia, że te placówki nie muszą się borykać z brakiem pieniędzy na utrzymanie, inwestycje i organizowanie nowych wystaw (zazwyczaj przy okazji specjalnych wystaw czasowych ‘pojawiają’ się dodatkowi sponsorzy, którzy chcą by ich nazwę/markę kojarzono również ze światem sztuki przez duże ‘S’ ). Poza tym istnieją też całkowicie prywatne muzea z dziełami sztuki powalającymi na kolana (jak np. Kroller-Muller Museum z drugą największą na świecie – po amsterdamskim Van Gogh Museum – kolekcją dzieł tego artysty).
Jeśli chodzi o rodzaje tych obiektów, to jest w czy wybierać. Lista holenderskich muzeów jest dostępna na stronie ich stowarzyszenia oraz na oficjalnej stronie dla turystów odwiedzających ten kraj. Mówi się, że Amsterdam ma największą na świecie liczbę muzeów na metr kwadratowy powierzchni
.
Oczywiście króluje malarstwo choćby z tego powodu, że Niderlandy ‘spłodziły’ kilku wielkich mistrzów (Bosch, Breugel, van Dyck, Escher, van Eyck, van Gogh, Hals, Rembrandt, Rubens, Vermeer). Poza tym na uwagę zasługują wszelakie muzea historyczne, ponieważ ten niewielki powierzchniowo kraik nie ustępuje bogactwem swej przeszłości np. Polsce. Dalej są muzea techniczne i etnograficzne; te ostatnie z całą pewnością będę ciekawe, jako że prezentują jakże inną od naszej kulturę. Ponad to zazwyczaj mieszczą się w bardzo zabytkowych obiektach – kamienicach sprzed kilkuset lat, młynach i wiatrakach, wioskach rybackich sprzed wieków, czy pierwotnych siedzibach wielkich i powszechnie znanych obecnie firm.
Ale co mnie najbardziej zafascynowało, to cechy bardziej ‘praktyczne’ rzekłabym. Nawet największe i najbogatsze kolekcje są zaaranżowane i udostępnione publiczności w taki sposób, że człowiek może spędzić w muzeum kilka godzin i nie nudzić się, nie narzekać (hmm.. kolejna sala z porcelaną z któregoś tam wieku..). O atrakcjach dla dzieci mogłabym napisać chyba rozprawę doktorską. Właściwie każdy obiekt oferuje specjalną trasę i przewodnik dla najmłodszych, tak że wyprawa do muzeum staje się dla nich wielką przygodą, ‘gonitwą’ od jednej do drugiej sali w poszukiwaniu konkretnego obrazu (np. z widokiem stołu zastawionego do śniadania), liczeniu ile jest obrazów z ptactwem domowym, odnajdywaniu obrazu z największą liczbą różnorodnych insektów, szukaniem portretu rodziców z synem i psem. Czytaj dalej »
Znowu wpadłam w wir rozmaitych obowiązków, zobowiązań i projektów do wykonania. Przyznam szczerzę, że uwielbiam takie okresy, choć zazwyczaj potrzebuje 2-3 tygodni by dopasować się do tego szaleńczego rytmu.
Ustawić rozkład dnia i tygodnia tak, by znaleźć czas nie tylko na obowiązki, ale też przyjemności i odpoczynek. By mimo napiętego planu wygospodarować odrobinę wolnego czasu na „wszelki wypadek”, gdy zdarzy się coś nieprzewidzianego. By nie tylko wypełniać zobowiązania, ale również mieć chwilkę na czerpanie satysfakcji z osiągniętych wyników/efektów. By znaleźć czas dla przyjaciół i najbliższych. By móc pójść na targ i kupić takie piękne tulipany ;) .
A to wszystko wrzucić pomiędzy: poszukiwania nowej pracy dla istoty anglojęzycznej w środowisku niderlandzkojęzycznym, opiekę nad dwójką małych dzieci, przeprowadzkę, gotowanie, opracowywanie projektów stron www i instalowanie WP, tłumaczenie polskich tekstów na angielski i angielskich na polski, moderowanie forów i.. poranne bieganie. Uff.. grunt do dobra (hmm.. perfekcyjna?) organizacja i świetna podzielność uwagi.
Miałam mały orzech do zgryzienia przymierzając się do napisania tego posta. Jest to bowiem setny wpis, czyli taki mały jubileusz ;). Po namyśle doszłam jednak do wniosku, że nie bardzo widzę sens w tworzeniu jakiegoś podsumowania, wysuwaniu wniosków z przeszłości odnośnie przyszłości. W końcu cała ta strona ma po prostu (?) prezentować moje zainteresowania, pasje, to co mnie ‘kręci’ i rusza. Tak więc ten wpis będzie li tylko i wyłącznie kolejną odsłoną ;). A jednocześnie ostatnim z cyklu ‘Haga’.
Właściwie to nie Haga dokładnie, ale jej najbliższe okolice: Voorburg, Leidschendam, wydmy. Pierwsze dwa graniczą z Hagą od południa i wspólnie tworzą gminę, natomiast wydmy rozciągają się na południowym-zachodzie i północnym-wschodzie, przy czym ten drugi obszar jest znacznie rozleglejszy.
O Voorburgu można powiedzieć, że jest bardzo starożytny, jako że już w II w. n.e. istniała na tym terenie rzymska osada. W XVII w. mieszkał tu w posiadłości Hofwijck pisarz i poeta Constantijn Huygens oraz jego syn Christiaan Huygens – znany astronom i matematyk. Sam dom zachował się po dziś dzień, choć większość posiadłości została zajęta przez… holenderskie koleje :). A szkoda bo cały ten teren został bardzo szczegółowo i przemyślnie zaprojektowany, by odzwierciedlać idee humanizmu, czyli wyższości ludzkiego rozumu. Przez jakiś czas mieszkał tu również Spinoza (tak, TEN Spinoza). Cała zabudowa Voorburga to zazwyczaj dwupiętrowe domki, w centralnej części dosyć stare (około 100-letnie), raczej niewielkie i przeurocze :).
Czytaj dalej »
Pozostałe posty z serii "Haga"
Są takie drobne wydarzenia dnia codziennego, które sprawiają że człowiek sam się do siebie uśmiecha i stwierdza, że ludzie wokół niego są jednak mili i życzliwi ;).
Mam drobną słabość do malutkich pluszowych zwierzaczków, które można przywiesić do plecaka, torebki czy klucza. O Edmundzie już kiedyś pisałam. W mojej ‘kolekcji’ jest jednak również kucyk strzegący kluczy i łoś przy ulubionej brązowej torebce.
Pędziłam sobie dziś rowerem, z torbą i dyndającym łosiem na przednim siedzeniu, gdy w pewnym momencie jakiś facet na rowerze za mną krzyczy: „ Jij hebt een pootje van je dingetje verloren!” (co znaczy mniej więcej: Zgubiłaś łapkę od zwierzaczka!) Moja reakcja była natychmiastowa: stop i o jej! Łoś nie ma jednej łapki! :(. Ale facet mówi, żebym się wróciła, bo powinna leżeć na ścieżce. Podziękowałam mu za zwrócenie uwagi i podreptałam z powrotem wypatrując pośród pożółkłych liści maleńkiej łosiowej łapki. Znalazłam ją po kilkudziesięciu metrach. Co za ulga! :) Będę musiała ją przyszyć, bo w tej chwili zwierzak wygląda odrobinę nieszczęśliwie.
Zabawne, ale spędziłam kolejnych kilkadziesiąt minut jazdy rowerem na roztrząsaniu tego wydarzenia. Facet przecież mógł sobie to odpuścić. Stwierdzić, że to nie jego sprawa, więc po co zwracać mi na to uwagę. Albo pomyśleć, że to przecież tak mało istotna rzecz, iż nie ma po co zawracać sobie tym głowy. A jednak zrobił inaczej. Nie tylko zwrócił mi uwagę na sam fakt, ale też podpowiedział by poszukać zagubionej części ‘ciała’. Założę się, że po prostu stwierdził iż mój łoś jest tak sympatyczny, że należą mu się dwie łapki :).
… czyli po naszemu „Przyjazd Św. Mikołaja”.
Najważniejsza informacja: do Holandii św. Mikołaj przypływa z.. Hiszpanii! Skąd się to wzięło? Biskup Mikołaj z Miry (Turcja) zmarł w roku 342, a gdy miasto opanowali Arabowie kupcy włoscy przewieźli jego szczątki do Bari w południowych Włoszech należącego do królestwa Obojga Sycylii. Jej królem był późniejszy cesarz Karol V. Natomiast jego syn, Filip II był królem Holandii, Hiszpanii i Obojga Sycylii. Stąd w holenderskiej tradycji przyjęło się, że św. Mikołaj przybywa z Hiszpanii łodzią parową (nie udało mi się ustalić dlaczego dokładnie taką a nie inną ;).
Jest to bardzo ważne wydarzenie dla wszystkich dzieciaków i żadne z nich nie przepuści tej imprezy, która ma miejsce w listopadzie (od 1994 jest to zawsze pierwsza sobota po św. Marcinie). Już jakiś miesiąc wcześniej w telewizji pojawia się program Sinterklass Journal, w którym na bieżąco relacjonuje się podróż świętego z Hiszpanii oraz jakie nowe psoty wymyślili jego pomocnicy. Muszę bowiem dodać, że Zwarte Piet (czyli Czarny Piotruś) jest prawie tak samo ważny jak sam święty. Głównym zadaniem Zwarte Piet jest dźwiganie worka z prezentami, wspinanie się na dachy, wchodzenie do domu przez komin i zostawianie paczuszek dla dzieci w ich butach. Choć tak na prawdę to po prostu uwielbia psocić.
Kwestia butów zostawianych przy kominku na prezenty wygląda różnie w różnych holenderskich domach. W niektórych dzieciom pozwala się na to co wieczór (od dnia przyjazdu św. Mikołaja po 5. grudnia), a innym raz w tygodniu. Do buta trzeba włożyć cukier w kostkach lub marchewkę dla konia, na którym jeździ święty. Niektóre dzieci wkładają też listy bądź rysunki ze swoimi życzeniami. Powinno się też zaśpiewać co najmniej jedną piosenkę dla Sinterklaas, by wiedział, że w tym domu mieszkają grzeczne dzieci, które zasługują na nagrodę ;). A co Święty wkłada do butów? To również zależy od domu. W niektórych są to całkiem pokaźne podarki (pomyślcie – przez trzy tygodnie dostawać codziennie prezenty! Nic dziwnego, że w czasie pakjesavond, czyli wieczoru prezentów w dniu 5. grudnia, niektóre dzieciaki w ogóle nie są już zainteresowane prezentami ;). W większości domów są to jednak drobne upominki bądź łakocie.
Czytaj dalej »
Trzy godziny wolnego ;) + niebo tylko częściowo przykryte chmurami + rower do dyspozycji = poznawanie nowych okolic. I to nie byle jakich. Przede wszystkim świetnie ‘przystosowanych’ do wszelakiego rodzaju aktywności rekreacyjno – sportowej ( rowery górskie, kolarzówki i ‘miejskie’, jazda konna, nordic walking, spacery) czyli zaopatrzone we wszelaką niezbędną infrastrukturę, taką jak wyznakowane i dokładnie opisane szlaki/trasy, miejsca odpoczynkowe/widokowe, punkty informacyjne, kempingi, restauracje i kafejki. Poza tym sam teren jest niezwykle interesujący.
Park Narodowy De Loonse en Drunense Duinen – bo o nim mowa – położony na północ od Tilburga i na zachód od ‘s – Hertogenbosch (Holandia) to największy w Europie Zachodniej obszar wędrujących wydm śródlądowych. To zjawisko (wędrujących wydm) sprawia, że każda wizyta może być inna. Przesuwające się ustawicznie piaski zmieniają krajobraz, grzebiąc lub odsłaniającego jego inne stałe elementy. Muszę też przyznać, że sam fakt istnienia piaszczystych wydm we wnętrzu tak ‘mokrego’ kraju jakim jest Holandia, wpływa na atrakcyjność tego miejsca. Również lasy i pagórki wśród których jest położony sprawiają, że dla wielu mieszkańców tego bardzo niskiego i głównie rolniczego (czyt. bezleśnego) obszaru jest to miejsce ‘inne’ od tych, z którymi mają do czynienia na co dzień.
Czytaj dalej »
Co jest najpiękniejsze w życiu? Co sprawia, że jest ono warte tego by naprawdę żyć?
Dla mnie będzie to jego nieprzewidywalność.
Nie znaczy to, że lubię chaos i brak spokoju, ale że chronicznie nienawidzę nudy i rutyny ;). Pierwszego szczerze mówiąc nie udało mi się – jak sięgam pamięcią – doświadczyć. Zawsze mam coś do zrobienia i choć zdarzają mi się chwile, kiedy „nic mi się nie chce” to nie przypominam sobie sytuacji, w której siedziałabym z założonymi rękami i zastanawiał się „co by tu zrobić, żeby czymś wypełnić czas”. Miałam jednakże okazję (i to niejedną) by zetknąć się z rutyną. I naprawdę mnie ona dobija. Owszem są sytuacje gdzie „służba nie drużba” i nawet jeśli nie bardzo mi się to podoba, to muszę zrobić pewne zadania/prace o ewidentnie powtarzającym się charakterze, ale.. zawsze staram się to zrobić jak najszybciej (by mieć to z głowy) i jak najdokładniej (by nie musieć do tego wracać i poprawiać ;).
Ale rutyna odnosi się nie tylko do pracy, ale też życia. Trudno mi stwierdzić jednoznacznie na ile jest to dzieło przypadku/szczęścia, a na ile świadomy wybór, ale w moim życiu nieprzewidywalność jest obecna na każdym kroku (proszę nie mylić tego z lekkomyślnością!) Często zdarza mi się podejmować ważkie decyzje (praca, mieszkanie, wyjazdy jednodniowe i kilkutygodniowe) w przeciągu kilku minut stawiając na spontaniczność i odrobinę zdrowego rozsądku ;). I jak dotychczas jeszcze się na tym nie “przejechałam”. Czytaj dalej »
Czyli Ayam Panggan Sulawesi ;).
Taki sposób przyrządzania kurczaka jest charakterystyczny dla wyspy Sulawesi w archipelagu wysp Indonezyjskich. Pokrojony na kawałki kurczak jest podgotowywany w wywarze na bazie mleka kokosowego, bogato doprawionym przyprawami. Cechą charakterystyczną jest duża zawartość imbiru oraz dodatek bazylii cytrynowej.
Składniki na pastę smakową:
- 8 szalotek pokrojonych w kostkę
- 5 ząbków czosnku pokrojonych w kostkę
- 2 do 6 czerwonych papryczek chilli, wypestkowanych i pokrojonych na kawałki
- 5 do 15 (!) zielonych tajskich papryczek, wypestkowanych i pokrojonych na kawałki
- 6 candlenuts [nie znam polskiej nazwy ;)], mogą być zastąpione niesolonymi orzechami macademia
- 2 łyżeczki kurkumy
- 10 cm kawałek świeżego imbiru, obrany i pokrojony w poprzek na cieniutkie plasterki
Pozostałe składniki:
- 4 łyżki oleju arachidowego (ewentualnie słonecznikowego)
- 2 trawy cytrynowe, każda zawiązana w węzeł
- 8 świeżych lub rozmrożonych liści kaffir lime
- 15 g świeżych liści bazylii cytrynowej lub włoskiej, pokrojonych na mniejsze kawałki
- ok. 380 ml mleka kokosowego
- ¾ łyżeczki soli koszernej (ewentualnie morskiej)
- ok. 1,5 kg skrzydełek, udek i nóżek z kurczaka
- 3 łyżki świeżo wyciśniętego soku z limonki
Szalotki, czosnek, papryczki chilli i tajskie, cundlenuts, kurkumę i imbir włożyć do robota kuchennego. Miksować aż do uzyskania w miarę jednolitej masy o konsystencji puree ziemniaczanego.
W rondlu o średnicy 30 cm rozgrzać na średnim ogniu olej. Możemy sprawdzić czy osiągnął właściwą temperaturę dodając odrobinę pasty. Jeśli będzie delikatnie skwierczeć, to znaczy, że jest już gotowy. Włożyć całą masę smakową i smażyć intensywnie mieszając (by uniknąć przypalenia) przez ok. 5 minut, aż olej zacznie się oddzielać, a szalotki i czosnek stracą swój ‘surowy’ zapach. Dodać trawę cytrynową, liście kaffir lime i bazylii i mieszając podsmażać, aż zacznie się uwalniać intensywny cytrynowy zapach (ok. 2-3 minuty). Dodać mleko kokosowe i sól, dobrze wymieszac. Delikatnie zwiększyć ogień i gotować na wolnym ogniu ok. 10 minut mieszając od czasu do czasu.
Czytaj dalej »
Planowałam napisać dziś o niesamowitych okolicach Hagi, ale.. czasem warto zboczyć odrobinę z kursu, by móc odnieść się do bieżących wydarzeń.
Jaka pogodę mamy obecnie za oknem widzi każdy. I słyszy to silne wietrzysko ;) . Ale nie każdy wie, że te wiatry szaleją również na Morze Północnym powodując fale 6 m wysokości i że po raz pierwszy zmusiły Holendrów do zrobienia faktycznego użytku z Maeslantkering.
Co to jest Maeslantkering? To ‘bariera’ przeciwsztormowa, znajdująca się na północ od Rotterdamu, pomiędzy Hoek van Holland i Maassluis, i chroniąca Rotterdam oraz inne miasta położone wzdłuż rzeki Moza przed powodzią. Stanowi ona część programu Deltawerken mającego ochronić Holandię przed nieobliczalnym żywiołem morza. Kiedyś napiszę więcej na temat samego projektu bo jest po prostu niesamowity.
Główna trudność przy projektowaniu tej bariery wynikała z faktu, że ma ona chronić Rotterdam – największy port w Europie i drugi na świecie, a jednocześnie nie utrudniać ruchu statków. Ogłoszono konkurs na projekt, który zwyciężyła firma Bouwkombinatie Maeslant Kering. Projekt przewidywał utworzenie dwóch olbrzymich ‘bram’ umieszczonych po obu stronach szerokiej na 360 m drogi wodnej Nieuwe Waterweg. Jego największą zaletą był fakt, że konstrukcję można było przygotować w suchych dokach, bez zakłócania ruchu statków. Prace rozpoczęto w roku 1991, a 10-tego maja 1997 królowa Beatrix dokonała uroczystego otwarcia.
Bariera składa się z dwóch ramion umieszczonych w dokach po obu stronach Nieuwe Waterweg. Każda brama ma 22 m wysokości i 210 m szerokości i jest połączona ramieniem o długości 237 m z łożyskiem. Nie byle jakim, bo te łożyska są największe na świecie. Każde z nich ma 10 m średnicy (!), a zostały wyprodukowane w czeskich zakładach Skody. Czytaj dalej »
Ostatnio wspomniałam, że w Hadze jest jeszcze jedno miejsce, niezwykle popularne nie tylko pośród zagranicznych turystów, ale również Holendrów. To Madurodam, czyli Holandia w miniaturze, a dokładniej w skali 1:25.
Dla mnie największym zaskoczeniem była historia tego miejsca. Nie powstało ono bowiem jako typowy park rozrywki, ale jako połączenie pomnika wojny (sic!) i fundacji charytatywnej. Pani Boon-van der Starp była członkiem stowarzyszenia wspierającego sanatorium dla holenderskich studentów chorych na gruźlicę. W tym sanatorium młodzi ludzi mogli jednocześnie przechodzić rekonwalescencję i kontynuować naukę. Ze względu na duże koszty utrzymania zaczęto szukać sposobu na zdobycie dodatkowych funduszy, a pani Boon-van der Starp jak przykład wskazała miniaturowe angielskie miasteczko w Beaconsfield z którego dochody wspierają londyńskie szpitale. Z kolei państwo Maduro z Curacao chcieli wznieść pomnik na cześć ich syna George’a który walczył z Nazistami i zmarł jako więzień obozu koncentracyjnego w Dachau.
Efektem spotkania tych trzech osób był pomysł zbudowania miniaturowego holenderskiego miasteczka uwzględniającego zmiany na przestrzeni wieków, jako pomnika upamiętniającego Georg’a Maduro.
Projekt chwycił i wkrótce znalazło się wielu darczyńców, którzy ofiarowywali bądź to pieniądze, bądź to teren pod przyszłe miasteczko, wykonywali prace porządkowe czy wreszcie prace konstrukcyjno-budowlane. Miasteczko otwarto w 1952 a burmistrzem została nastoletnia wówczas księżniczka Beatrix, która pełniła ta funkcję, aż do momentu objęcia władzy w 1980 roku. Po niej rządy przejął burmistrz wybierany na dwa lata spośród Młodej Rady Miasta, którą tworzy 25 uczniów ze szkół regionu haskiego.
Czytaj dalej »
Pozostałe posty z serii "Haga"
Najwyższy czas na kolejne przyprawy kuchni indonezyjskiej.
Dzisiaj o dwóch roślinkach, które nadają potrawom cytrynowy aromat i posmak. Uwielbiam je, bo choć intensywnością zapachu dorównują zwykłej cytrynie (a liście kaffir lime nawet ją przewyższają), to pozbawione są tej agresywnej kwaskowatości. Wspaniale równoważą smak słodkich czy ostrych potraw bądź też tworzą dominantę w potrawach bez wyraźnego smaku.
Kaffir lime (Citrus hystrix)
Przyprawa ta nie ma polskiej nazwy, będę więc używała popularnej wersji anglojęzycznej.
Liście kaffir lime są niezastąpionym źródłem aromatu cytrynowego w kuchni indonezyjskiej. W całości (świeże lub rozmrożone) są używane w potrawkach, curries (szczególnie tych na bazie mleka kokosowego) wprowadzając cytrusowy zapach i posmak. Drobno posiekane są dodatkiem do warzyw i sałatek ryżowych.
Liści nie da się pomylić z żadnymi innymi – ciemnozielone, błyszczące, o owalnym kształcie. Wystarczy raz je powąchać, by ich zapach zapamiętać na całe życie ;) .
Dutch – kaffir limoen, djeroek poeroet
English – Indonesian lime leaves
Indonesian – daun jeruk purut
Trawa cytrynowa (Cymbopogon citratus)
Czytaj dalej »
Pozostałe posty z serii "Przyprawy kuchni indonezyjskiej"
Otwieram dziś Googla i co widzę ? Halloween. Jak zwykle się postarali i przygotowali specjalne logo. Choć muszę przyznać, że moim ulubionym nadal jest to sprzed dwóch lat.
Postanowiłam więc napisać dziś o Halloween. Nie po to, by namawiać Was do obchodzenia tego święta, ale by możliwie jasno przybliżyć, co to jest i ‘z czym się to je’. Bo gdy czytam o jednej z kuratorek, która wysłała list do dyrektorów szkół, by nie zezwalali na zabawy halloween’owe, ponieważ za tym kryje się kult szatana i czarne msze, to.. ręce mi opadają, a panią kurator chętnie bym posłała na zebranie satanistów
.
Halloween jest obchodzone w wigilię Wszystkich Świętych, czyli wieczorem 31. października. Wywodzi się z pogańskiego święta Samhain obchodzonego przez Celtów zamieszkujących Wyspy Brytyjskie. Wraz z szkockimi i irlandzkim emigrantami powędrowało ono za ocean i można powiedzieć, że obecnie amerykańska ( co tu ukrywać bardzo skomercjalizowana wersja) przyćmiła celtycki oryginał. Ale nie będę się czepiać, bo takie przykłady mamy na własnym podwórku (np. Wianki w zakolu Wisły w Krakowie).
Słowo Halloween to skrócona wersja All-hallow-even (wigilia “All Hallows’ Day” znanego również jako Dzień Wszystkich Świętych) . W wielu europejskich kulturach dzień ten jest postrzegany jako jeden z nielicznych w ciągu roku, kiedy duchy mogą kontaktować się z naszym światem a magia ma potężną moc.
Halloween ma klika symboli, a najważniejszy i najpopularniejszy to Jack-o-latern, czyli wyrzeźbiona dynia z zapaloną świeczką wewnątrz. W Irlandii ta tradycja wiąże się z legendą o Uszczypliwym Jack’u, złośliwym hazardziście i alkoholiku, który zapędził diabła na drzewo i uwięził go tam, rzeźbiąc znak krzyża na pniu. W odwecie diabeł skazał Jack’a na wieczną nocną włóczęgę po ziemi. Natomiast w Stanach Zjednoczonych związana jest ona przede wszystkim z okresem plonów.
Czytaj dalej »
Czy macie jakiś ulubiony motyw, a raczej przedmiot/istotę, którą lubicie fotografować? Coś, co często przewija się na Waszym filmie tudzież karcie pamięci? Coś, co jest tak zmienne, że nawet setne z kolei ujęcie będzie niepowtarzalne?
Dla mnie jednym (jak zwykle nie mam tylko jednego jedynego) z takich ‘obiektów’ jest moja kicia. O Ziutku pisałam zresztą całkiem niedawno. Myślę, że byłabym w stanie stworzyć całą jego galerię, z podziałem na tematy np. zabawa, jedzenie, spanie, mycie się, dziwactwa. Choć to ostatnie czasami ciężko by było odseparować od wcześniejszych
. Poza tym mogłabym się pokusić o klasyfikację na zdjęcia rodzajowe, z zaskoczenia i studyjne ;). Dobra, nie będę ‘filozofować’. Poniżej kilka studiów różnych części ciała Ziutka.