Leiden (Lejda) to moje ulubione miasto w Holandii. Położone przy głównej linii kolejowej jest oddalone o 10 minut jazdy pociągiem od Hagi i 40 minut od Amsterdamu. Znane z uniwersytetu, ogrodu botanicznego, Rembrandta i hutspot.
Ma ok. 120 tys. mieszkańców, z czego lwia część to studenci jednego z najstarszych holenderskich uniwersytetów. Ufundował go w 1575 roku Wilhelma I Orańskiego w dowód uznania za wytrwałość mieszkańców w czasie trwającego rok hiszpańskiego oblężenia. Lejdejczycy bronili się skutecznie do 3 października 1574 roku kiedy to Wilhelm przebił się przez zapory wodne otaczające miasto i przypłynął statkami na ratunek. Uczelnia powiązana jest oczywiście z holenderską rodziną królewską; studiowały tu królowa Juliana i królowa Beatrix, a także następca tronu – książę Willem-Alexander. Ponad to kształciło się tu również wielu Polaków, a wśród nich m.in. Jan Heweliusz, Bogusław i Janusz Radziwiłłowie, Jakub Sobieski (ojciec króla Jana), Jerzy Lubomirski, Józef Wybicki, Jan Śniadecki. Wspomniane wcześniej wyzwolenie Leiden upamiętnia także coroczny jarmark z pokazami sztucznych ogni. Tradycyjnie jada się wtedy dwie potrawy: śledzie z białym chlebem (w historycznym dniu dostarczyła je wygłodzonym mieszkańcom flota Wilhelma) i hutspot, jednogarnkowe danie z ziemniaków, marchwi, cebuli i mięsa, który znaleziono jeszcze ciepły w kotle w opuszczonym obozie Hiszpanów. Ten oryginalny (?) garnek jest do dziś przechowywany w Stedeliijk Museum de Lakenhal.
Kolejny powód do odwiedzenia tego miasta to ogród botaniczny. Hortus Botanicus – najstarszy tego typu obiekt w Holandii – został założony w 1587 roku. Jego pierwszym dyrektorem był słynny botanik Carolus Clusius ‘odpowiedzialny’ m.in. za spopularyzowanie cebulek tulipanów w Europie. Czytaj dalej »
Cztery dni minęły i muszę przyznać, że po pierwszym dniu moje nastawienie się zmieniło ;). W końcu i tak nie mogłam zmienić sytuacji, wiec lepiej szukać w niej pozytywnych aspektów i plusów, niż narzekać na ujemne strony i pogrążać się w rozpaczy.
Po zaaplikowania paracetamolu mała poczuła się duuużo lepiej, tak więc mogliśmy nawet pójść na spacer do parku i sfotografować nasze (moje i małego) ‘zwierzaczki’ z krokusami. Całkowicie mnie rozbroiła gdy byliśmy nad stawem. Wskazywała na kaczki i mówiła ‘duck’. Pochwaliłam ja wiec mówiąc ‘yes, this is a duck’. Przez następne kilka minut wskazywała kaczki i powtarzała ‘duck’. Nagle wskazał gołębia, mówiąc ‘duck’. Więc jej tłumaczę: ‘this is not a duck, it’s a dove’. A ona na to: ‘buuuu :( ‘. Żebyście słyszeli ten ton zawiedzenia w jej głosie.. To było tak smutne, a jednocześnie tak zabawne, że nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
Z małym szaleliśmy na ulicy grając w piłkę tak głośno, że słyszało nas pół osiedla. Poza tym stanął na wysokości zadania i w weekend ‘pozwolił’ mi spać do 7.30. Za to w poniedziałek wpakował mi się do łóżka o 5 rano. I przez następna godzinę buzia mu się nie zamykała – co 5 minut pytał, jak długo musimy jeszcze spać, ile to jest 1 godzina, 45 minut, 30 minut itd., albo po prostu śpiewał. O 6.20 się poddałam i wstaliśmy, by zjeść śniadanie i pooglądać telewizję przed pójściem do szkoły.
Z babcią miałam fantastyczne rozmowy o „wszystkim i o niczym” – ja mówiłam po holendersku, a ona ćwiczyła angielski. Jeszcze kilka takich weekendów i mój poziom holenderskiego w aspekcie mówienia, dogoni poziom z zakresu rozumienia :).
Dzięki dziadkowi, który przybył z odsieczą w niedzielne popołudnie, miałam część dnia dla siebie. Wow! Popędziłam więc do Huygensmuseum Hofwijck. Połaziłam po tym fantastycznym ogrodzie, ustrzeliłam parę krokusów, pogapiłam się na kanał i wioślarzy równym tempem przecinających jego wody. Życie jest cudowne! (ale następnym razem i tak zastanowię się trochę dłużej, zanim zdecyduje się znowu podjąć takiego zadania ;).
Są takie dni, gdy zaczynasz się zastanawiać: po co ja to robię? Dlaczego się poświęcam? Dlaczego tak bardzo mi zależy na tym by inni doceniali mój wysiłek?
Zgodziłam się opiekować dwójką dzieci przez 4 dni ( przez dwa dni będzie tu również ich babcia). Babcia ma przyjechać pierwszego dnia, ale nie wiadomo o której („po szkole” – co zostawia przedział czasu od 12.15 do ok. 18.00). A ponieważ nie ma klucza do domu, więc daleko od domu nie odejdziesz. Młodsze dziecko (półtora roku) jest chore – kaszle, jakby miało sobie wypluć płucka, a gorączka nie spada poniżej 40 C. Ale nic to! Przecież gorączka pomaga przezwyciężyć chorobę! Nie zbijamy więc gorączki. Na dodatek ty sam czujesz się nie najlepiej (ten sam wirus, te same objawy, tylko gorączka już za tobą). Ale ‘najgorsze’ to pogoda. To pierwszy prawdziwy dzień wiosny. Żółte krokusy kwitną jak szalone (reakcja na słońce?), białe i fioletowe jeszcze w pączkach. Cudownie przejrzyste niebieskie niebo, ciepłe słońce. Wiosenny wiatr szepce: „Rusz się! Zmień coś! Nie stój w miejscu!”. A ty chwilowo utknąłeś. Owszem, powietrze wokół ciebie wypełnione jest obietnicami zmian, nadziejami, ale w tym konkretnym momencie nic nie możesz zrobić. Nigdzie nie możesz się ruszyć przywiązany poczuciem obowiązku i obietnicą wypełnienia zobowiązania. A to dopiero pierwszy z czterech dni..
Taka pogoda przynosi wspomnienia. Wycieczek w góry, całodniowych wypadów rowerowych, cudownych poranków, gdy budzi Cię słońce bezceremonialnie przebijające się przez powłokę namiotu. Przed oczami stają widziane miejsca, poznani ludzie, wydarzenia, w których uczestniczyłeś. Tęsknota za tym co nowe, nieznane i przed tobą tylko się nasila.
A ja chwilowo utknęłam. Z dzieciaczkami, które kocham prawie jak swoje, ale których w tym właśnie momencie wołałabym nie mieć pod opieką.
Chromolić babcię – czas brać się za kuskus.
Chromolić holenderskie podejście do zdrowie – dla Ciebie L. paracetamol :)
Obiecałam kiedyś napisać/pokazać jak robię kartki. A że ostatnio pracowałam nad kilkoma, znalazł się materiał do publikacji :). Ta kartka została wykonana w technice 3D (czyli trójwymiarowej). Chodzi tu o złudzenie występowania centralnego (najczęściej) fragmentu kartki w kierunku oglądającego, dzięki naklejeniu jedna na drugą kilku warstw motywu. Poszczególne warstwy są do siebie przyklejane za pomocą dwustronnej taśmy klejącej na grubszej poduszeczce (jej grubość to zazwyczaj 2-3 mm, choć może być nawet 5 mm ;).
Skąd zdobyć motywy? Przyznaję się, że korzystam z dobrodziejstw przebywania w kraju, w którym własnoręczne robienie kartek jest bardzo popularne co pociąga za sobą specjalistyczne sklepy z odpowiednim asortymentem.
Można jednak samodzielnie przygotować taki motyw – przeszukując zasoby Internetu lub domowe zbiory. Następnie wystarczy interesujący nas motyw wydrukować/skserować (zawsze w najwyższej dostępnej jakości!) 5-7 razy (ilość kopii zależy od bogactwa szczegółów i tego, jak bardzo ‘występujący’ chcemy mieć gotowy obrazek. Czytaj dalej »
Cicho ostatnio na tej stronce, mało nowych wpisów. A wszystko dlatego, że pochłonął mnie nowy projekt nad którym pracuję razem z siostrą.
Parę razy wspomniałam o cmentarzu żydowskim przy ul. Lotniczej we Wrocławiu. Głównie w kontekście naszych (moich i mojej siostry) prac porządkowych i/lub sesji fotograficznych oraz spotkań z niesamowitymi ludźmi. Kilka miesięcy temu zaczęłyśmy rozważać co by było gdyby.. Gdybyśmy stworzyły własną stronę poświęconą temu cmentarzowi. Chodzi nam przede wszystkim o to, by informacje o tym miejscu udostępnić jak najszerszej publiczności, również z poza Polski. By wszyscy sfrustrowani beznadziejnością, niekompetencją i małą przyjaznością (oględnie mówiąc) wrocławskiej gminy żydowskiej, mogli znaleźć w jednym miejscu w miarę obszerne i kompetentne źródło informacji odnośnie cmentarza i pochowanych tam osób (ich bliskich, przodków, znajomych). I tak wszyscy odwiedzający gminę prędzej czy później są ‘nakierowywani’ na moją siostrę :) jako niezawodne i przede wszystkim pomocne źródło informacji.
Ostatni opiekun cmentarza z ramienia gminy zawiódł na całej linii. Młody chłopaczek roztaczał piękne plany i wizję, z których wyrosło.. wielkie nic. Najzabawniejsze, że przy bramie cmentarza umieścił tablicę z informacją KTO jest opiekunem i z adresem internetowym strony o cmentarzu. Ta domena nawet nie jest zarejestrowana! Hehehe…
Tak więc postanowiłyśmy być ‘ponad’ nieuprzejmość, bezduszność i prymitywne zagrywki oficjeli z gminy i pójść na swoje :). Zarejestrowałyśmy domenę friedhofcosel.info (to nazwa cmentarza w języku niemieckim – cmentarz został bowiem założony, gdy Wrocław był jeszcze częścią Niemiec) i właśnie wypuściłyśmy ‘przed-stronę’ online. Możecie sprawdzić na www.friedhofcosel.info. Przed nami jeszcze duuuużo do zrobienia, ale.. liczy się inicjatywa i entuzjazm.
Delft to niewielkie urocze miasteczko położone na południe od Hagi, a właściwie to nawet z nią graniczące. Znane jest – nie tylko w Holandii – z trzech powodów:
porcelany (Delft Blue)
jako rodzinne miasto Johannesa Vermeera
miejsce gdzie ‘narodziła’ się dynastia orańska (House of Orange)
O porcelanie z Delft słyszał chyba każdy. I prawdopodobnie nie ma turysty, który opuszczałby Holandię bez jakiejś drobnej pamiątki „w stylu” Delft Blue. Uściślając produkty z Delt nie są wykonane z prawdziwej porcelany, jako że tą wytwarza się z kaolinu. Natomiast Delftware jest jej imitacją wykonaną z mieszanki gliny, którą po wyciągnięciu z formy pokrywa się specjalna glazurą. Pomiędzy rokiem 1600 a 1800 Delft było najważniejszym producentem ceramiki w Europie. Produkty trafiły „pod strzechy”, a niebieski barwnik używany do dekoracji (ciekawostka: de facto barwnik ten jest czarny, dopiero w procesie wypalania naczynia kolor zmienia się na niebieski) stał się jej znakiem rozpoznawalnym. Rosnąca konkurencja spowodowała spadek jakości i eliminację mniejszych producentów. W połowie XIX w. w Delft działała już tylko De Porceleyne Fles, która zresztą funkcjonuje po dziś dzień. W fabryce organizowane są wycieczki, w czasie których można obejrzeć cały proces produkcji, a na koniec dokonać zakupu w firmowym sklepie. Hmm.. tylko dla bogaczy ;).
Niedawno pisałam o wyjątkowości holenderskich muzeów. Dziś opiszę moją popołudniową wyprawę do Museon-u. Najbliższa pasująca klasyfikacja dla tego obiektu to Muzeum Historii Naturalnej, ale.. definitywnie wymyka się ono standardom.
Główna wystawa nosi nazwę ‘Your world, My World’ (twój świat, mój świat), a jej tematyka rozciąga się od początków ludzkiego istnienia, przez prezentację różnych form życia, środowisk, geologii, źródeł energii, różnic kulturowych i religijnych, po zagadnienia związane z klonowaniem, prawem czy imigracją. Czyli po prostu wszystko to, co nas otacza :).
Ja jednak wybrałam się na dwie wystawy czasowe:
1. pokonkursową wystawę Wildlife Photographer of the Year
2. Moordzaken. Van vingerafruk tot DNA-onderzoek
Pierwsza organizowana jest corocznie przez Natural History Museum i BBC Wildlife Magazine. Podzielona na kilka kategorii tematycznych i wiekowych, dostępna zarówno dla profesjonalistów, jak i amatorów skupia się na obrazach natury i przyrody (nie tylko dzikiej). W ubiegłym roku (2007) wyróżnienie w kategorii wiekowej 11 – 14 lat otrzymał Polak – Michał Budzyński – za fotografię przedstawiająca spowity mgłą beskidzki las w zimowej szacie. Gratuluję! Tytuł drugiej wystawy to “Sprawy kryminalne. Od odcisku palca do badania DNA”. Cała zabawa polega na rozwiązaniu zagadki morderstwa.
Zaczynamy od obejrzenia filmu ze sceną morderstwa na młodej studentce i przedstawienia trzech podejrzanych: przyjaciela ojca zamordowanej, jej profesora i jej chłopaka. Następnie łapiemy za przygotowany notatnik i ołówek i krok po kroku prowadzimy śledztwo. Od sceny przestępstwa, przez prosektorium, laboratorium biometryczne, próbek, DNA, chemiczne i balistyczne. Trzeba przesłuchać świadków i podejrzanych, wysłuchać informacji zebranych przez nasza asystentkę ;) a przede wszystkim zbadać dowody ‘przesłane’ do różnych laboratoriów. Czytaj dalej »
Na to danie czekałam prawie rok! A wszystko dlatego, że w naszym pięknym kraju niemożliwe jest nabycie świeżego tempeh (w wielkim skrócie -> produkt powstały w wyniku fermentacji nasion sojowych). W paru miejscach sprzedawcy radośnie oznajmiali mi, że i owszem mają tempeh, ale później okazywało się, że jest on albo marynowany, albo już pokrojony na kawałki albo wędzony. Wypad do Holandii pozwolił mi jednak nabyć blok świeżutkiego tempeh, dzięki czemu mogłam przygotować poniższe danie.
Jest to fantastyczna potrawa, w której początkowo ‘bezpłciowy smakowo’ produkt sojowy jest smażony w głębokim tłuszczu, a następnie doprawiany gęstym, karmelowym sosem z ostra nutą papryczek chili. Efekt powala na kolana :).
Tempe Kering
1 łyżka pulpy z tamaryndowca + 175 ml bardzo ciepłej wody
ok. ½ kg tempeh pokrojonego diagonalnie w plastry o szerokości ½ cm (osobiście preferuję ’słupki’ o boku szerokości ½ cm)
olej arachidowy do smażenia (ewent. słonecznikowy)
2 ząbki czosnku pokrojone w cieniutkie plasterki
2 szalotki pokrojone w cieniutkie plasterki
2 do 5 czerwonych papryczek chili, wypestkowanych i pokrojonych w cieniutkie skośne paseczki
6 do 9 łyżek cieniutko pokojonego cukru palmowego lub ciemnego cukru brązowego
½ łyżeczki soli koszernej (lub morskiej)
5 liści daun salam (opcjonalnie)
2,5 cm kawałek świeżego lub rozmrożonego korzenia galangal, obranego i pokrojonego wzdłuż (!) na cieniutkie paseczki (opcjonalnie)
Pulpę z tamaryndowca włożyć do małej szklanej lub porcelanowej miski i zalać ciepłą wodą. Zostawić na 10 – 15 minut by zmiękła a nastepnie rozmasować ją palcami, rozszczepiając na mniejsze części. Usunąć wszystkie łykowate fragmenty (można przelać przez sitko o większych oczkach), a resztę ekstraktu odłożyć. Czytaj dalej »
Specjalnych planów z okazji Nowego Roku nie robiłam. Ale pewne zmiany się pojawiły, pojawiają i pojawią tu i ówdzie ;).
Bliźnięta (te zodiakalne) podobno nie znoszą nudy i rutyny. Coś w tym jest. Zbyt długie stanie w miejscu oznacza dla mnie ‘cofanie się’, rezygnację z części moich umiejętności, utratę części mojej wiedzy. Każda zmiana to rozwój, parcie naprzód, nabywanie nowych kwalifikacji, poszerzanie wiedzy, a także odświeżenie spojrzenia na świat i siebie samą.
I tak było tym razem; zmieniając wygląd tej strony, a dokładniej kolorystykę, nauczyłam się jak umieszczać w CSS specjalne polecenia zrozumiałe tylko dla przeglądarki standardowej inaczej ;). Poniżej porównanie przed i po.
Nie mogłam się powstrzymać. Filmik jakiś czas temu podesłał mi z JoeMonster szwagier. Później pojawił się w „Szkle kontaktowym”, a dziś zobaczyłam go w Smashing Magazine. I doszłam do wniosku, że to jakiś znak ;).
Pokazano w nim prawdę, całą prawdę i tylko prawdę o kotach. O ich stosunku do człowieka, o ich sposobie myślenia (człowiek jest potrzebny tylko po to, by kota nakarmić). To tak jakbym podglądała mojego kota o 5.00 rano w sypialni rodziców – te same zagrywki i sztuczki, taka sama strategia (no dobra, Ziutek nie ucieka się do sposobów z ostatniej sceny ;).
Ku przestrodze tym, którzy kotów nie lubią, a chcieliby jakiegoś przygarnąć; na pocieszenie maniakom kotów (pamiętajcie! wasze koty nie używają kija!).
Ostatni dzień roku. Taka symboliczna data, pod którą powinnam zamieścić podsumowanie roku ubiegłego i plany na przyszły. Nic z tego! Podsumowanie musiałoby uwzględniać wydarzenia, o których nie mam ochoty/zamiaru pisać. A plany …? Hmm.. ostatnio nie jestem w stanie planować dalej niż 24 godziny naprzód (zbyt duża zależność między moimi planami, a planami osób ‘trzecich’), więc co do dopiero mówić o całym roku.
Lepiej być przygotowanym na różne scenariusze i elastycznie na nie reagować – dostosowując się, bądź też zmieniając je tak, by pasowały do moich potrzeb. To jest znacznie ciekawsze – wymaga mnóstwa pomysłowości, pozwala zgłębić ‘tajniki’ dyplomacji i kompromisu, fantastycznie usprawnia proces podejmowania decyzji (nie mam dwóch dni na zastanowienie się), a w efekcie daje satysfakcję jakiej nie osiągnęłabym realizując plany wytyczone kilka miesięcy wcześniej. Same zalety :).
Jest jeszcze jedna sprawa – bywam zabobonna ;). Jeśli będę wszystkim opowiadała o moich planach, to je zapeszę i nic z nich nie wyjdzie. A tak.. po cichutku będę sobie kombinować i działać, a na koniec: taaadaam! Przedstawię rezultaty.
A na razie życzę bezpiecznych powrotów do domu. Z tych mniej i więcej zakrapianych imprezek sylwestrowych.
Jak szaleć to szaleć .
Nie tylko warzywa smażone metodą stir-fry są typowe dla południowo- wschodniej Azji, ale również curry na bazie mleka kokosowego z mięsem. Próbowałam już kilku różnych z kuchni indonezyjskiej, ale tym razem postanowiłam przyrządzić curry wg przepisu (znowu dylemat; państwo nazywa się Sri Lanka i jest położone na wyspie Cejlon; jaki będzie wyglądał przymiotnik? srilankański??? yyy.. może jednak cejloński? brzmi jakoś tak przystępniej ;) cejlońskiego.
Sposób przyrządzania różni się jednak nieco od indonezyjskiego – podobnie jak w kuchni europejskiej mięso jest najpierw podsmażane, a dopiero potem duszone (choć bez przykrycia). I używa się zwyklej cebuli a nie szalotki. Ale efekt jest ‘ten sam’ – fantastyczna wołowinka o niesamowitym smaku :).
No i mamy przynajmniej namiastkę świątecznej aury ;). Przykra sprawa, ale w moim mieście śniegu nie ma. Mimo, że jest położone niecałe 120 km od Śnieżki, gdzie jest jego półtora metra.
Ale.. temperatura spadła poniżej zera, przez dwa dni utrzymywały się mgły, które nasyciły powietrze wilgocią i w efekcie wszystkie roślinki pokryły się bajecznymi igiełkami szronu. Niektóre miały długość nawet to 4 cm!
Wyposażona w dwie pary rękawiczek (moje palce zamarzają w tempie ekspresowym), dwa komplety akumulatorków (przy takiej temperaturze wyczerpują się stanowczo zbyt szybko) pojeździłam sobie (rowerem; a co ;) po okolicy w poszukiwaniu celów dla obiektywu mojego aparatu.
Po godzinie miałam kilkadziesiąt zdjęć na liczniku, drugi zestaw akumulatorków na granicy rozładownia i palce pozbawione czucia :). Ale warto było. Co prawda wybór kilku zaledwie zdjęć do publikacji był trudny, ale mam nadzieję, że będą Wam się podobać.
Tak więc mając do dyspozycji typową azjatycką zieleninę postanowiłam przyrządzić z niej coś pysznego. ‘Problem’ polega na tym, że akurat bok choy używa się zasadniczo jako dodatek (lub główny składnik) potraw przygotowywanych w technice stir-fry, a różnice pomiędzy jej poszczególnymi wersjami sprowadzają się właściwie do rodzaju użytych przypraw (tja.. uwierzcie mi, że nigdy nie smakuje to tak samo).
Doszłam więc do wniosku, że tym razem odejdę od kuchni indonezyjskiej i spróbuję czegoś z kuchni bengalskiej (niegdyś niezależne królestwo Bengalu, obecnie podzielone pomiędzy dwa państwa: Bangladesz i Indie). Użyta tu mieszanka przypraw zwie się „panch phoron” czyli „pięć przypraw” :). Pyszności…
Zielenina smażona po bengalsku
ok. ½ kg liściastych warzyw (bok choy, baby bok choy; można też użyć ładnej kapusty pekińskiej)
3 łyżki oleju roślinnego
1 łyżeczka bengalskiej mieszanki pięciu przypraw [przepis poniżej]
½ łyżeczki drobno pokrojonej czerwonej papryki lub papryki Cayenne
2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
2 średnie cebule drobno pokrojone
½ łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli koszernej (ewent. morskiej)
Zieleninę dokładnie umyć, osuszyć, pokroić na paski szerokości ok. 2 cm i odłożyć. Czytaj dalej »
Gargulec przesunął kamienne oko i spojrzał na niego. „Można prosić?” - zapytał Vimes. - „Wisi ci na uchu…” Ze zgrzytem kamienia o kamień gargulec sięgnął łapą i zdjął niepożądany obiekt. „Dziękuję.” „Nie a o cz óić.”
Zbrojni
Prawa autorskie
Wszystkie fotografie i teksty chronione są prawem autorskim. Kopiowanie, powielanie i użytkowanie bez zgody autora jest zabronione.
Jeśli jednak chcesz zacytować jakiś niewielki fragment na swojej stronie/w swojej publikacji, to nie ma problemu.
Pamiętaj tylko o podaniu źródła i autora ;).
Wyjątek stanowią zdjęcia lotnicze, opatrzone logo Google™, które pochodzą z serwisu Google Earth
i do których prawa autorskie posiada tenże serwis.
Meta
Strona działa poprawnie we wszystkich najpopularniejszych przeglądarkach. Jednakże najlepsze efekty zapewniają Opera i Fire Fox.