On już tu jest!
W piątek 22 maja, o godzinie 7.30 rano zostałam ciocią :-).
Mały Staś Tadziu waży 3,3 kg, mierzy 56 cm i zodobył u Apgara dziesiatkę ;-).

Gratulacje dla mojej siostry Gosi i szwagra Stasia!!! Cieszę się bardzo Waszym szczęściem.
W piątek 22 maja, o godzinie 7.30 rano zostałam ciocią :-).
Mały Staś Tadziu waży 3,3 kg, mierzy 56 cm i zodobył u Apgara dziesiatkę ;-).

Gratulacje dla mojej siostry Gosi i szwagra Stasia!!! Cieszę się bardzo Waszym szczęściem.
Muszę przyznać, że mnie to wciąga. TO = color inspirations proponowane przez Kristinę Werner.
Choć uwielbiam przeróżne ‘hand crafts’, to w doborze kolorów daję sobie rade raczej jako tako. Mam kilkanaście ‘klasycznych’ zestawów, o których wiem, że dobrze ze sobą współgrają i zawsze się sprawdzą. Możliwość decydowania o tym, który będzie dominował, a który będzie tylko dodatkiem pozwala na całkiem sporo wariacji. Ale.. czasem trzeba czegoś nowego, oryginalnego, może trochę ekstrawaganckiego. I tego właśnie się uczę od Kristiny. Na razie przez naśladownictwo, ale mam nadzieję, że pomoże mi to wyrobić sobie lepsze oko do kolorów ;-).

I kolejne wyzwanie kolorystyczne Kristine Werner. Tzn. kolejne, w który postanowiłam wziąć udział. Choć w ubiegłym tygodniu zestawienie kolorów też mi pasowało, a oferowane nagrody były więcej niż obiecujące, to zajęta pokazywaniem mamie uroków Holandii (jej pierwsza wizyta w tym kraju!) nie miałam czasu na kreatywne zabawy z papierem.
Kolory dzisiejszego wyzwania to: czekoladowy, róż, musztardowy i biały.

Szczerze mówiąc to bardzo rzadko używam biały kolor, nawet jako podstawę dla kartki. Biel pojawi się tylko jako tło dla stempli lub drobne akcenty na różnokolorowym i/lub wzorzystym papierze.
Miałam jednakże na składzie bardzo dużo cieniutkiej czekoladowej wstążki. Zbyt cienkiej, by użyć pojedynczo, za to całkiem nieźle prezentującej się kilkakrotnie owinięta wokół białego kartonu.

Do tego różane kwiaty (ostatnio zaczęłam w końcu doceniać różowy; Czytaj dalej »
W ubiegły poniedziałek mieliśmy w budynku mały pożar (to nie jest ten zabawny moment, zaraz do niego dojdę). Zapalił się/został (nieumyślnie) podpalony kontener na papier z niszczarek. Ognia dużo nie było, dymu tez nie bardzo, ale.. zapach przedostał się do systemu klimatyzacji. I po kilkunastu minutach w części biur można było poczuć bardzo intensywny zapach, który przerodził się w smród, spalonego papieru.
Wezwano straż pożarną, która zarządziła ewakuację części budynku. Nie stwierdzili podwyższonego poziomu tlenku węgla czy innych szkodliwych gazów, ale zalecili by zostać na zewnątrz dopóki się nie przewietrzy. Dwie godziny później nadal śmierdziało, ale przynajmniej pozwolono nam wrócić do biur by wziąć swoje rzeczy i nakazano wynieść się.
Następnego dni, mimo intensywnej akcji odświeżania powietrza, nadal czuć było spaleniznę, ale już nie tak intensywną.
W środę w różnych miejscach pojawiły się elektryczne odświeżacze powietrza, wspomagające usuwanie przykrego zapachu. Nawet na parterze głównego holu.
Takie urocze maleństwo walczące z zapachem w sześciopiętrowym holu .. I jak tu się nie uśmiechnąć :-).
Już blisko.
Dużo bliżej niż na tym zdjęciu (no cóż, nie ma mnie pod ręką, więc nie ma komu dokumentować na bieżąco zmiany na kliszy/matrycy).

Małe nóżki są już za długie by je rozprostować. Rączki już gotowe by chwytać, buzia ukształtowana by przyssać się do źródła pokarmu, oczka rozwinięte, by podziwiać świat zewnętrzny (z tym to się chyba trochę zagalopowałam, przez pierwsze 2 tygodnie i tak są praktycznie zamknięte ;-).
Jeszcze tylko kilka tygodni..
Po cichutku, nie trąbiąc na prawo i lewo, zaczęła rosnąć konkurencja. Przez pierwsze kilka miesięcy było spokojnie. Później pojawiła się w domu ekscytacja i podniecenie, z którego Plamek i Pyszczek nic właściwie sobie nie robili. Pyszczek oburzył się tylko, gdy leżąc na jej brzuchu dostał czyjąś nogą w żebro. Najdziwniejsze było, że nogi sprawcy nie tylko nie złapał, ale nawet jej nie widział! Plamek nadal pakował się na kolana, nie zauważając (albo przynajmniej udając, że nie widzi) zmniejszającej się przestrzeni.
Trochę zaskoczył ich fakt, że teraz nie tylko oni pojawiają się na zdjęciach. Ktoś zaczął używać samowyzwalacza, by dokumentować zmieniające się kształty.
Dopiero, gdy w domu zaczęły pojawiać się nowe meble i przedmioty coś ich ruszyło. I nie był to niepokój. To było zainteresowanie, z którego wyrosło nieograniczone uwielbienie.
Na pierwszy ogień poszło łóżeczko. Z miękkim materacem, perfekcyjnie ustawione w słonecznej plamie. Na podwyższeniu, tak że nie grozi nadepnięcie/potrącenie przez jakiegoś nieuważnego człowieka. Raj na ziemi, z którego trudno będzie im zrezygnować (właściwie, to nie wiadomo czy w ogóle z tego zrezygnują - czy ktoś ma pomysł jak w jednym łóżeczku zmieścić niemowlę i dwa koty?).
Praca w Shell-u ma swoje plusy. Czasami ;-).
W ubiegły poniedziałek mieliśmy w Head Quarters sesje pytań i odpowiedzi (oczywiście żadnych tam spontanicznych; wszystko zostało zawczasu przygotowane i zatwierdzone) z Michaelem Schumacherem. Ha! Na samej sesji niestety nie byłam (ktoś musi pracować ;-) ale mistrza Formuły 1 widziałam. Nie pytajcie dlaczego akurat w poniedziałek nie miałam ze sobą aparatu. Nie wiem. Ale fotki mam z Shellowskiego źródła.
Oprócz Michaela w budynku pojawiły się też pojazdy – dwa samochody i dwa motory. A ponieważ te zostały na cały tydzień miałam szanse je obfotografować. Oglądając Ferrari zobaczyłam napis Alice. Piękne imię. Tylko co robi na masce samochodu wyścigowego? No cóż, jestem laikiem jeśli chodzi o Formułę 1. W 2006 roku Alice – włoska firma dostarczająca Internet szerokopasmowy – podpisała trzyletni kontrakt z Ferrari (jako sponsor oczywiście). Oh! Mighty Google :-).
Poniżej Scuderia Ferrari F60, Audi R10 i motory Ducati. Obydwa autka zasilane Shell V-Power.
Czytaj dalej »
Wiosna pełną gębą :-). Tak wyglądała Haga jeszcze w ubiegłym tygodniu. Teraz krokusy już przekwitły, a władanie obejmują narcyzy i żonkile (chyba nigdy nie pojmę różnicy między tymi dwoma). Dużo słońca, trochę odradzającego deszczu.. Chce się żyć! (jeszcze tylko przydałoby się odrobinę mniej stresu w pracy).

I jeszcze kilka wiosennie świeżych widoków.
Czytaj dalej »
Earth Hour to inicjatywa zapoczątkowana w 2007 roku, w Sydney, kiedy to 2,2 miliona ludzi wyłączyło światła w swoich domach na jedną godzinę. Rok później w akcji wzięło udział już 50 milionów ludzi i instytucji, a ciemności okryły nawet tak znane obiekty jak Golden Bridge w San Francisco, rzymskie Koloseum czy Operę w Sydney.
Tegorocznym celem jest zmobilizowanie 1 biliona ludzi by wzięli udział w bardzo nietypowym głosowaniu: Ziemia kontra Globalne Ocieplenie. Wynik tej akcji będzie zaprezentowany światowym przywódcom, którzy zgromadzą się na UN Climate Change Conference (Konferencja odnośnie Zmian Klimatu pod egidą ONZ), która odbędzie się pomiędzy 7 a 18 grudnia 2009 w Kopenhadze.
Udział w tym głosowaniu nie wymaga żadnych przygotowań, „wycieczek” do urn, czy logowania na stronach internetowych (chociaż, by odnotować rekordowy 1 bilion uczestników dobrze by było zostawić swój ślad na stronie Earth Hour). Wystarczy wyłączyć światło na jedną godzinę.
W sobotę 28 marca, między 20.30 a 21.30.
Po raz pierwszy postanowiłam wziąć udział w „wyzwaniu” w robieniu kartek.
Regularnie odwiedzam kilka blogów poświęconych ręcznie robionym kartkom, scrapbooking i szeroko pojętym „paper-crafts”. Jeden z nich to kwernerdesignblog.
Co tydzień Kristina Werner publikuje zestaw kolorów, który ma służyć jako baza do projektu kartki (Color Inspiration Challenage). Poniżej zestaw z tego tygodnia.

Największy problem miałam z dobraniem kolorów. Odcienie są dobierane na podstawie kart kolorów Stampin’ Up!. Jest to amerykańska firma i jej produkty ciężko jest nabyć w Europie, nawet w Holandii. A zamawianie w USA jest kosztowne.
Czytaj dalej »
Mam powody do świętowania, ale nie mam na to czasu ;). Jakież to pokręcone. Tak więc o szczegółach będzie w weekend (wtedy powinnam też mieć fotki), natomiast teraz specjalny przepis.
Cechą charakterystyczną Nasi Kuning, czyli świątecznego żółtego ryżu jest żółty kolor, który pochodzi od kurkumy oraz cytrynowy aromat będący efektem użycia trawy cytrynowej i liści kaffir lime. Gotowany na mleku kokosowym jest daniem specjalnym, serwowanym z okazji urodzin, ślubów, rocznic i innych świąt.
Ryż włożyć do 2 litrowego garnka i napełnić go do połowy zimną wodą. Delikatnie (tak, by nie połamać ziaren) przebierać ryż palcami, by go oczyścić. Odlać wodę i czynność powtórzyć dwukrotnie, aż woda będzie tylko nieznacznie zanieczyszczona. Zostawić ryż w garnku.
Czytaj dalej »
Madryt – stolica Hiszpanii, położna praktycznie w centrum tego kraju. Mogłabym napisać coś o jej historii, ale.. nie powaliła mnie na kolana, więc zainteresowanych odsyłam do wikipedii (na przykład). Nie będę też po kolei opisywać, co warto zobaczyć. Wymienię tylko parę miejsc, które widziałam i które mi się spodobały (kolejność jest całkowicie przypadkowa).
Przede wszystkim trzymajcie głowy zadarte do góry :). Duuużo interesujących rzeczy znajduje się powyżej linii oczu.
Utrudniają tylko życie ;).
Pierwszy raz od jakiś pięciu lat byłam na prawdziwych wakacjach. Nie długi weekend, nie wizyta w Polsce, w czasie której trzeba załatwić dwa miliony spraw, ale fantastyczne 11 dni w Hiszpanii i Portugalii.
Zwiedziłyśmy Madryt, Kordobę, Sewillę i Lizbonę. Każde z nich inne, z niepowtarzalną atmosferą, unikalnym dziedzictwem kulturowym, przynoszące inne doznania. Spróbuję Wam pokazać niezwykły urok tych miejsc..
Mapa pochodzi z serwisu Google Maps.
Długo, długo (za długo ;) nie byłam w stanie wybrać się na dłuższą wycieczkę rowerową. A to pogoda do bani, a to za dużo roboty, a to zbyt zmęczona.. W końcu jednak się przemogłam i kierowana poniekąd zazdrością (jedna koleżanka pojechała na tydzień do Hiszpanii, a inni znajomi do Austrii) wybrałam się rowerem do Schiedam, na przedmieściach Rotterdamu.
To około 20 km w jedną stronę zasadniczo przez *pola*. Oczywiście żadna tam dzika droga, tylko pięknie oznakowana ścieżka rowerowa (nawet w dwóch wariantach! – uwielbiam Holandię :). Po drodze nisko latające samoloty (lotnisko w odległości jakiś 2 km).
Schiedam to miasteczko u progu Rotterdamu (zresztą wchodzi w skład tego zespołu miejskiego) sięgające swą przeszłością do połowy XIII w. Swą obecną popularność zawdzięcza niezwykle uroczemu centrum poprzecinanemu licznymi kanałami, produkcji narodowego trunku jenever (tradycyjny likier o dużej zawartości alkoholu; z niego wywodzi się gin) i pięciu najwyższym na świecie wiatrakom (gwoli ścisłości – między Schiedam a Rotterdam jest jeden wyższy wiatrak – De Nolet - 43 m, ale został on wybudowany dopiero w roku 2006 li tylko i wyłącznie w celach komercyjnych ;).
Wspomniane wiatraki zaczęto stawiać w XVII wieku. Służyły one przede wszystkim do mielenia ziarna, z którego później produkowano jenever. Ponieważ były usytuowane w mieście, musiały być bardzo wysokie, by móc *złapać* w skrzydła odpowiednią ilość wiatru. W okresie największej popularności było ich ponad 20. Po dziś dzień zachowało się zaledwie pięć:
Czytaj dalej »