Jest coś magicznego w tej porze roku. Dostaję tak niesamowity zastrzyk energii, że czasem mnie to nawet przeraża ;-). No dobra, bardziej przeraża moich przyjaciół, gdy opowiadam im, że sprzątałam kuchenne szafki o godzinie pierwszej w nocy, bo mnie rozsadzała energia i potrzeba porządkowania.
Plan WIELKIEGO SPRZĄTANIA został już opracowany, rozdzielony na dni i zadania i jest mniej więcej w ¼ wprowadzony w czyn. Przede mną nadal trzy olbrzymie okna – każde to 2 – 2,5 godziny mycia i pucowania. Ale już się nie mogę doczekać soboty, kiedy się za nie wezmę :-). Kiedy będą lśniły, gotowe na wpuszczenie do środka każdego najmniejszego promyczka słońca.
O jej.. życie robi się łatwiejsze, radośniejsze i po prostu piękniejsze, gdy słońce świeci, ptaszki ćwierkają, a rośliny prześcigają się, która pierwsza wypuści zielone listki, która pierwsza rozwinie swoje pączki kwiatów.
A niesamowity bukiet kwiatów od bliskiej osoby tylko dopełnia czary szczęścia..


Zbliżająca się wiosna powoduje, że moje ciało nagle zaczyna żądać zupełnie innych składników odżywczych. Gęste, zawiesiste zupy tracą na atrakcyjności, rozpływające się w gęstym sosie mięsko nie jest już tak kuszące i nawet duszone na parze brokuły nie cieszą.
Zaczyna mi się chcieć sałatek. Duuużo, najlepiej i na lunch i na obiad :-). Ewentualnie w akompaniamencie jakiejś lekkiej czystej zupy.
A żeby sałatki nie zrobiły się nudne, by używając nawet tych samych składników osiągnąć inny efekt smakowy, warto poświęcić trochę uwagi dressingom. A zwłaszcza octom, które odgrywają niesamowitą rolę w zaspokajaniu wyrafinowanych potrzeb moich kubków smakowych ;-).

„Moje” octy (od lewej): ryżowy, balsamiczny z dzikimi jagodami, biały balsamiczny, zwykły balsamiczny, jabłkowy, truskawkowy, malinowy, z białego wina.
Stosowany w małych ilościach ocet pobudza apetyt, nadając potrawom lekko kwaskowy smak. Powstaje w wyniku fermentacji octowej alkoholu, bądź to spirytusu, który daje najpopularniejszy chyba w Polsce ocet spirytusowy, bądź też wina, w rezultacie którego powstaje ocet winny.
Octu spirytusowego w kuchni nie używam. W ogóle. Nawet do odkamieniania garnków ;-). Czytaj dalej »
Wiosna już tuż za rogiem. Czasem wiosenny wiatr powieje, a i słońce też ma takż jakąś inną temperaturę. No i zaczęły się wychylać krokusy.. Czyli zbliża się najpiękniejszy sezon w Holandii.
Pora kwitnienia roślin cebulowych.

Jak dla mnie był to wystarczający powód by odwiedzić Holandię. I jest również wystarczający by zdecydować się tu zamieszkać :-).
Choś Holandia kojarzona jest z tulipanami, to tak naprawdę są one tylko jednym z wielu przedstawicieli roślin cebulowych, obok przebiśniegów, krokusów, żonkili, szafirków, hiacyntów czy dalii. Czytaj dalej »
O moje słabości do muzeów, zwłaszcza holenderskich wspominałam już tutaj i tutaj. Jak można się domyślić wystawy czasowe nie ustępują tym stałym ani trochę, a właściwie to je przewyższają. Bo jeśli ktoś ma w kolekcji światowej klasy arcydzieła, to wypożyczenie kolejnych na kilka miesięcy nie stanowi żadnego problemu.
Tym razem w Mauritshuis odbyła się wystawa obrazów z prywatnej kolekcji Rose-Marie i Eijk van Otterloo „Made in Holland. Old Masters from an American private collection”.
Eijk van Otterloo urodził się w Amsterdamie i wyjechał do Stanów by studiować w Harvardzkiej Szkole Biznesu. Jest współzałożycielem firmy inwestycyjnej Grantham, Mayo, Van Otterloo & Co. Rose-Marie pochodzi z małego zakątka Belgii niedaleko Maastricht, a do Stanów wyjechała by tam uczyć się angielskiego
Ponad 20 lat temu para zaczęła kolekcjonować obrazy holenderskich i flamandzkich mistrzów z XVII wieku. W kręgu ich zainteresowań znalazły się portrety, martwe natury, krajobrazy, malarstwo historyczne, sceny morskie i krajobrazy miejskie. W doborze obrazów do zakupu pomaga im Simon Levie, były dyrektor Rijksmusem w Amsterdamie, a całkowita wartość kolekcji jest szacowana na 200 do 300 milionów USD.
Na szczęście państwo van Otterlo nie zatrzymają wszystkich obrazów tylko dla własnego „użytku” w ich posiadłości w Marblehead, w stanie Massachusetts. Około 20% kolekcji jest wypożyczane na czasowe wystawy.
Po raz pierwszy jednakże tak dużo obiektów (44 egzemplarze) zostało wystawionych jednocześnie w tym samym miejscu.
Perłą kolekcji (i wystawy) jest „Portret Aeltje Uylenburgh, wiek 62” pędzla Rembrandta. Płótno to przez trzy generacje należało do rodziny Rothschildów. Cena wywoławcza ogłoszona prze Roberta Nortmana, który wystawił je na sprzedaż w marcu 2001 roku wynosiła 36,5 miliona USD. By zebrać wymaganą sumę pieniędzy państwo van Otterloo sprzedali 18 innych obrazów ze swojej kolekcji.
Aż trudno uwierzyć, że Rembrandt miał zaledwie 26 lat gdy namalował ten portret. Obraz jest nie tylko doskonały pod względem technicznym, ale również od strony „emocjonalnej”. Aeltje wygląda jak babcia, która każdy z nas chciałby mieć – twarz naznaczona miękkimi zmarszczkami, która aż prosi się by przytulić do niej swój policzek, łagodne oczy pełne mądrości, która przychodzi tylko z wiekiem i doświadczeniem.
Inne obrazy, które zwróciły moja uwagę, to martwe natury i krajobrazy/sceny.
Mam słabość do martwych natur. Nie koniecznie z powodu ich ukrytej symbolicznej treści (która zawsze jest niesamowicie bogata), nawet nie ze względu na wyszukaną kompozycję. Co zachwyca mnie najbardziej, a nawet przyprawia o zazdrość, to wierne odwzorowanie szczegółów. I nie chodzi mi tylko o detale namalowanych przedmiotów, ale sposób w jaki światło na nie oddziałuje i jak światło zostało namalowane.

Np. “Martwa natura z szklankami i tytoniem” (Still Life with Glasses and Tobacco) pędzla Willem Claesz de Heda. Czytaj dalej »
Nie jestem fanką ciast. Zazwyczaj jeden kawałek wystarcza mi na baaardzo długi czas (koło miesiąca ;-). Dlatego też nigdy ciast nie pieczę. Jednak muffiny to całkiem inna sprawa. Mniejsze porcje, łatwiejsze do zjedzenia czy podzielenia się z innymi. Poza tym są słodkie, ale bez przesady (z tego powodu nigdy nie podejmę się zrobienia cupcakes, które wręcz ociekają słodyczą). No i występują w tylu wersjach i odmianach, że nigdy się nie znudzą.
Parę miesięcy temu znalazłam przepis na „muffiny z ciemnym spodem”. OMG! Robię je mniej więcej co drugi miesiąc (brzmi niepozornie, ale jak dla mnie to wyczyn ;-).
Mięciutkie, lekko wilgotne, ciemno czekoladowe z serowym wykończeniem… Tak dobre, że niestety nie udało mi się nigdy zrobić zdjęcia przekrojonego na pół. Jakoś tak znika zanim aparat znajdzie się w moich rękach. Mniam!!!!!

Muffinki z czarnym spodem
(przepis znaleziony w sieci, ale pochodzi z The Great Book of Chocolate autorstwa Davida Lebovitz’a)
przepis na 12 muffinów
Nadzienie:
- 225 g serka kremowego w temperaturze pokojowej
- 1/3 filiżanki cukru*
- 1 duże jajko w temperaturze pokojowej
- 56 g ciemnej czekolady, posiekanej na małe kawałki
Czytaj dalej »
Nie jest łatwo zrobić kartkę walentynkową dla mężczyzny. Taką, żeby przekazywała co trzeba ;-) ale nie miała żadnych „kwiatuszków czy wstążeczek” (komentarz od jednego z kolegów spytanych o opinię). Postawiłam więc na prostotę i czytelną wiadomość (inny komentarz – mężczyźni mają kłopoty z rozszyfrowywaniem podtekstów). Ofiarodawcy się podobało :-). A co Wy myślicie?

W każdy wtorek Cath publikuje na swoim blogu pracę, która zainspirowała jedną z osób pracujących dla Paper Crafts do stworzenia własnego dzieła. Następnie praca ta jest publikowana jako źródło inspiracji dla czytelników. Ty razem również źródło inspiracji dla mnie.

Kristina stworzyła kolejny zestaw kolorów na podstawie zdjęcia Kristie:

Czytaj dalej »
Druga część wyzwania kolorystycznego.
Czytelnicy wybrali zdjęcie Amy – przepiękne zestawienie lekkich pasteli.
Na jego podstawie Kristina stworzyła następująca kombinację kolorów:

Czytaj dalej »
Kristina organizuje kolejne ‘wyzwanie’ kolorystyczne, jeszcze bardziej wciągające niż zazwyczaj. Składa się bowiem z dwóch części: w pierwszej publikujemy zdjęcie przedstawiające inspirującą kombinację kolorów. Następnie czytelnicy blogu Kristiny będą głosowali na najciekawszy ich zdaniem zestaw kolorów. W drugiej części, zwycięska fotografia posłuży jako inspiracja dla kartki, strony scrapbook czy innego papierowego wytworu rąk.
Fantastyczny pomysł, więc nie mogę nie wziąć udziału ;-).
Poniżesze zdjęcie zostało zrobione w ogrodzie Keukenhof, w Holandii. To magiczne miejsce otwarte jest tylko dwa miesiące w roku, kiedy rośliny cebulowe są w pełni kwitnienia. Tak, ten ogród jest dedykowany TYLKO i wyłącznie krokusom, żonkilom, narcyzom, hiacyntom i nade wszystko tulipanom (moje ulubione kwiaty).
Co roku tworzony jest nowy układ pól kwiatów, a każdy zapiera dech w piersiach. Jednym ze stałych elementów jest „rzeka”. Co roku w innych kolorach, z innymi kwiatami.
W tym roku była to rzeka niebiesko-fioletowych szafirków, flankowana białymi i jasno różowymi tulipanami. Ciemno zielone łodygi dopełniają obrazu, tworząc widok, który dla mnie jest esencją wiosny.
Zapraszam do głosowania!

Czytaj dalej »